Wpisy z tagiem wojewódzki


Fenomen Kuby Wojewódzkiego

12 marca 2012 |  Kuba 
Kategoria: Telewizja

Kubę Wojewódzkiego albo się kocha, albo nienawidzi. Ja kocham. I to nie tylko dlatego, że ma naprawdę fajne imię! O Kubie Wojewódzkim, jeśli piszą, to przeważnie piszą źle. Czas to zmienić!

Jak zapewne wiecie, jestem wielkim fanem Kuby Wojewódzkiego, który stanowi dla mnie swoistą medialną antytezę Szymona Majewskiego (i choćby tylko dlatego warto gu lubić). Konfrontowanie tych dwóch osobistości jest jak porównywanie FC Barcelony do… no, powiedzmy Odry Wodzisław. Przy czym Wojewódzki zdecydowanie rzadziej wywraca się o powietrze z pretensjami patrząc w kierunku sędziego.

Kuba zaczynał jako dziennikarz muzyczny w Telewizji Polskiej. Jak na zdolnego dziennikarza przystało, potrafił dopasować się do środowiska: był poważny, smutny i wyglądał tak… cóż, wyglądał tak jakby musiał utrzymać się z abonamentu telewidzów. Tak szczerze – ile znacie osób płacących abonament RTV?

Kuba Wojewódzki w jednym ze swoich pierwszych programów robił prawdziwy szoł (jak na lata dziewięćdziesiąte oczywiście przystało): odbierał telefony w telewizji i rozdawał prestiżowe nagrody w postaci plakatów takich tuz jak Aaron Carter czy Kelly Family. Wyglądało to mniej więcej tak.

YouTube Preview Image

Punktem zwrotnym w telewizyjnej karierze Wojewódzkiego był program Idol. Program rzeczywiście wykreował Polsce nowego Idola (i kilka mniej lub bardziej wystraszonych dziewczynek śpiewających o jajecznicy + wybijającą się na plus Monikę Brodkę + Szymona Wydrę, którego kariera legła w gruzach, bo nie chciał śpiewać o klopsikach ze szpinakiem).

Formuła Idola była idealna: po raz pierwszy Wojewódzki zamiast czytać gotowe teksty z promptera na temat plakatów jakiejś bandy cyganów bez szkoły podróżujących po USA mógł pokazać co siedzi w jego głowie. A siedziały riposty zabawne, inteligentne, ale przede wszystkim celne. Spora część osób próbowała sprowadzić w tamtym okresie Wojewódzkiego do rangi błazna, skłonny jestem jednak zaryzykować tezę, że intelektualnie nie radzili sobie z głoszonymi przez niego tezami.

Wszystko bowiem co mówił w tamtym okresie Kuba Wojewódzki okazało się prawdą. Umiejętnie analizował rodzimy showbiznes oceniając szanse młodych pretendentów na zrobienie kariery, deklasując przy tym takich muzycznych “ekspertów” jak Jacek Cygan, Elżbieta Zapendowska czy wreszcie Robert Leszczyński, który jest żywym (jeszcze) i najlepszym przykładem dlaczego powinniśmy trzymać się od narkotyków z daleka.

To zdjęcie jest tutaj żeby Arek nie marudził, że się brzydko na facebooka wrzuca

Dziś trudno sobie wyobrazić talent-show, w którym Wojewódzki nie zasiada w jury. On robi tam prawdziwe przedstawienie, a przy tym odkrywa przed Polakami nieszczerości w postaci smutnych dziewczynek śpiewających żałobne piosenki. Jeśli z jakiegoś programu odchodzi, ten upada powolną śmiercią godząc się z drastycznym spadkiem zainteresowania ze strony widowni.

Osobowość Wojewódzkiego, jakkolwiek kontrowersyjna by nie była, szybko została doceniona przez największe telewizje. Od 2002 roku prowadzi swój autorski talk-show, który zrewolucjonizował formę tego typu programów w Polsce. Swoich gości zdarzało mu się obrażać, besztać i wyśmiewać, najczęściej jednak w dyplomatyczny sposób ukazuje ich prymitywizm. Jest to tym bardziej wesołe, że sami goście często wychodzą z programu z poczuciem dobrze spełnionej misji i tylko Wojewódzki puszcza porozumiewawcze mrugnięcie okiem w kierunku czujnego widza.

Nie dalej jak kilka dni temu w programie Wojewódzkiego “pewien psycholog” o Detektywie Rutkowskim mówił “śmieszny gość, który za bardzo uwierzył w swoją rolą”. Już ja dobrze wiem kim był ten anonimowy psycholog!

YouTube Preview Image

Wojewódzki jest znany, bogaty, a nastolatki, które przy dobrym wietrze (i odrobinie patologii) mogłyby być jego wnuczkami zmienia jak rękawiczki. Prawdziwy szołmen, człowiek sukcesu, a co z tego wynika – posiadacz wielu wrogów.

Nie zmienia to jednak faktu, że na scenie jest numerem jeden nieprzerwanie od ponad dekady, a o takim wyniku każdy inny celebryta w kraju mógłby pomarzyć. Poza byciem celebrytą jest jednak także znakomitym dziennikarzem i aż szkoda czasem, że ogranicza się niemal wyłącznie do popkultury. A może to i lepiej?


Dalsze losy laureatów X-Factor

18 grudnia 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

W tym miesiącu na sklepowych półkach ląduje nowa płyta laureatki Idola, Alicji Janosz. Mniej więcej 10 lat potrzebowała, by jakoś zaczęło to wyglądać, a potężne koncerny muzyczne nie zmuszają już Alicji do śpiewania o jajecznicy. Jako, że Idol to jednak relikt przeszłości (wielu z was pewnie nie było nawet na świecie), postanowiłem sprawdzić jak potoczyły się losy bohaterów dnia dzisiejszego czyli laureatów programu X-Factor. Tak jak można się było tego spodziewać - jest źle.

(więcej…)


Jak Wam się podoba X-Factor?

26 maja 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

Pamiętam jak dziś jak w grudniu zgłosiła się do mnie ekipa TVN-u bym łaskawie zechciał zaszczycić swoją skromną osobą jury. Musiałem odmówić, bo już dogadałem się na swój prywatny show w Croppie. “No to chociaż, kurde, zaśpiewaj” – nalegała stacja. Ja jednak byłem nieugięty i chyba nawet dobrze się stało, bo ten cały X-Factor to (przepraszam za wyrażenie) kupa.

Spieszę z wyjaśnieniami. Żyjemy w Polsce, czterdziestomilionowym kraju, który lubuje się w tworzeniu programów telewizyjnych na zagranicznych licencjach. I bardzo dobrze. Ludzie narzekający na ten stan rzeczy dziś w telewizji dla siebie mogą znaleźć chyba tylko performance’y profesora Miodka. I bardzo dobrze. Zresztą, licencje nie są złe. Dostajemy coś o czym wiemy, że było dobre. To tak jakby do naszego kraju nigdy nie zawitała Coca Cola (nie wiem jak wam, mi na samą myśl skoczyło ciśnienie).

Mieliśmy zatem kilka Idoli, kilka Big Brotherów, mieliśmy trzy edycje Mam Talent, a teraz mamy swój X-Factor, który w założeniu nie różni się wiele od emitowanego kilka lat temu w Polsacie poprzednika. Problem zaczyna się w miejscu, kiedy pomiędzy emisją obu programów minęło jakieś 7 lat, a X-Factor trzyma poziom +/- szesnastego Idola. Poważnie, ten program jest słaby jak dowolna płyta Gosi Andrzejewicz.

Albo może nawet słabszy, bo kiedy nad Gosią Andrzejewicz pracowało trzystu ekspertów od wizerunku (film “300” w sposób metaforyczny podobno opowiada ich losy), X-Factor opowiada nam historię naturszczyków. A tam, gdzie dokładnie jest miejsce i zapotrzebowanie na urzekającą naturalność pojawia się Michał Szpak. A tego moje konserwatywne gusta zdzierżyć nie mogą. Ale po kolei.

Spójrzmy prawdzie w oczy, w programach tego typu najważniejsi nie są uczestnicy, tylko jury. To jest dobre, bo za nimi stoi jakaś jakość. Trzeba jednak po prostu o tym pamiętać. To oni się promują i kiedy dziś wiemy, że Alicja Janosz zbiera truskawki na plantacji bawełny w Panamie, a Szymon Wydra sprzedaje swoje włosy przez internet, Zapendowska, Wojewódzki robią karierę, Cygan promować się nie musiał, a Leszczyński staje na głowie by pisać jeszcze bardziej kretyńskie felietony w gazecie, której tytułu wam wprost nie powiem. W X-Factorze znów mamy mistrza Wojewódzkiego, który z miejsca dorzuca 2 mililony do oglądalności, Czesława Mozila – artystę awangardowego i Maję Sablewską. Nie wiem kto to, ale mam nadzieję, że nie ma nic wspólnego z agentem Tomkiem, a takie mariaże zawsze ostatecznie prowadzą do Kingi Rusin, którą powinni rozstrzelać jeszcze w czasach Telewizji Publicznej.

W praktyce wyszło tak, że Wojewódzki chodzi cały czas smutny, ponieważ musi udawać, że podoba mu się występ dziesięciu niezbyt rozgarniętych ludzi, których przerzucił do tak zwanych finałów, Czesław nie umie mówić po polsku, ale jest tak pocieszny, że aż chce się go przytulić nawet mimo wspomnianych wcześniej konserwatywnych uprzedzeń, a Maja jako jedyna wybitnie sprawia wrażenie osoby, która nie ma pojęcia o czym mówi. Ale, czego się spodziewać po osobie, która – sprawdziłem – przez lata wciskała do naszych domów Dodę.

Efekt jest taki, że wybrano dziesięć marek półfinałowych, spośród których nie pamiętam już siedmiu, oglądając każdy kolejny odcinek piję do telewizora (albo płaczę), zadając sobie do tego pytanie “kto to kur** jest?!”, a przecież program jest dopiero na swoim półmetku. Grupy – czyli zespoły wokalne złożone z większej liczby członków były tak marne, że lepiej śpiewa zespół lokalnych meneli, który eleganckim falsecikiem odśpiewuje swój koronny przebój “Kierowniku poratuj” gdy nad ranem ulicami miasta wracam do domu.

Tu miało być zdjęcie Michała Szpaka, ale uznałem, że nie będziemy go uparcie promować chociaż na naszym blogu

Są jeszcze wokaliści. Jakaś międzynarodowa grupka, której kompletnie nie ogarniam, ale z tego co wiem już ich nie ma, to miły ukłon stacji w kierunku mojej krótkiej pamięci. Jest starsza pani, której obecność w programie argumentuję sobie niestety wyłącznie wolą przyciągnięcia przed telewizor kur domowych z niespełnionymi marzeniami. No i są dwaj wielcy zwycięzcy tego programu, którzy moim zdaniem kariery nie zrobią, ale dobre jest to, że jako jedyni potrafią chociaż wzbudzać emocje. Co poniekąd świadczy o kiepskiej jakości tego programu. Do rzeczy!

Michał Szpak. Gdybym chciał opowiedzieć wam jego historię, prawdopodobnie musiałbym użyć połowy epitetów uznawanych powszechnie za nieprzyzwoite. Trudno jednak polemizować z tym, że umie śpiewać. Kariery oczywiście nie zrobi, jeszcze z 10 lat będzie chodzącym dziwadłem, które wyda debiutancką płytę, a w okolicy grudnia ludzie powoli przestaną chodzić na jego koncerty. Dekadę pogra po barach i festiwalach w Opocznie, po czym się ogarnie, zrozumie swoje błędy, zmieni wizerunek i zostanie wokalistą Arki Noego. Zbyt wiele gwiazd reality show było w tym kraju (i to lepszych), by reguła mogła znaleźć swój wyjątek (zresztą już znalazła Monikę Brodkę). Poza tym jestem Polakiem, więc dla samej zasady nie życzę dobrze nikomu, kto już w wieku 16 lat obwołał siebie “Santo Subito”. Jestem też na tyle piękny i młody, bym mógł odpuścić sobie pitolenie sloganów “młodość się musi wyszaleć”.

Gienek Loska. Nie powiem żeby mnie czarował ktoś kto na starcie zaczyna program od tezy “jestem taki alternatywny, mam was wszystkich w dupie”. Tego też nie lubię, aczkolwiek w obliczu większej niechęci do Szpaka z panem Gienkiem się jednoczę. Myślę, ze ten ostatni argument zadecyduje zresztą o zwycięstwie Loski. Bo to nie jest prawda, że my Polacy nie lubimy oryginalności. My nie lubimy zarozumialstwa i bucowatości, a to zupełnie różne pojęcia. (Wracając do Loski) Facet śpiewa naprawdę nieźle, moim zdaniem wygra ten program i nawet nagra płytę. Pierwsza dostanie platynę, drugą kupi jednak już tylko 500 osób, bo my w Polsce nie słuchamy przecież bluesa.

Ale kto by się tym przejmował, w międzyczasie skończą się dwie kolejne edycje X-Factor o poziomie zapewne jeszcze niższym, serwując jednak masie kolejne gwiazdy rodem z reality show, a jedyne płyty, które będą szły po taśmach kasowych ciurkiem to te, na których Czesław śpiewa. Może to i dobrze?


Pijacka erystyka

28 lutego 2011 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe

Jak przystało na (przeżywającego kryzys wieku średniego, ale jednak) konesera baunsu, melanżu i wyższego stanu upojenia w życiu stoczyłem niejedną pijacką dyskusję. Nie jestem wielkim fanem tychże, a pięciocyfrowe IQ sprawia, że dość szybko dostrzegam ich bezcelowość, skoro jednak obiecałem nauczyć was jak żyć, dziś krótki przewodnik po najpopularniejszych zabiegach erystycznych na każdej (słabej) imprezie czy – zdecydowanie częściej – na każdym szeroko pojętym “afterze”.

- Na zgona

W trakcie rozmowy, niezależnie od tego czy idzie po jego myśli czy wręcz przeciwnie staję się coraz cichszy i cichszy, aż w końcu wpada w objęcia Morfeusza Dionizosa. Szczególnie efektowne, jeśli pod koniec przewróci się na podłogę wraz z krzesłem lub wypadnie przez poręcz balkonu z drugiego piętra (true story).

- Na “co to ja nie”

Ilość osiągnięć, poznanych ludzi, wyrwanych lasek, odwiedzonych miejsc, wygranych w kasynie, wypitej wódki i pobitych w szemranej alejce bandytów rośnie wprost proporcjonalnie do stężenia alkoholu we krwi. Mniej więcej w okolicy pół litra mamy okazję poznać swoiste połączenie Adama Małysza, Królowej Elżbiety II, Casanovy, Tony’ego Halika i Jamesa Bonda z Supermanem.

Specjalnie dla was z ludzi pijących kawę i herbatę na imprezach nabija się koleś, u którego na imprezach udowadnia się (na szczęście tylko czasami) wyższość Nietzchego nad Kantem

- Na Ewę Drzyzgę

Koleś słynący z zadawania upierdliwych pytań, które jego zdaniem napędzają dyskusję. Sam nie przedstawia żadnej tezy, choć ją posiada i swoimi pytaniami przez jebane dwie godziny stara się doprowadzić rozmówcę do sformułowania upragnionego wniosku. Wkurwia wszystkich uczestników rozmowy, bo każdy wie o co mu chodzi, ale nikt nie chce sprawić mu satysfakcji.

- Na “najebałeś się już”

To jest koleś, który przysypiał na fotelu i obudził się w trakcie dyskusji, a jego koronnym kontrargumentem jest to, że “najebaaałeś się już” i nie przeszkadza mu to, że dopiero przyszedłeś na imprezę, a on ma na kolanach wielkiego bełta (pawia czy jak to tam jeszcze nazywacie w różnych regionach Polski) własnego autorstwa.

- Na młodego UPR-owca

Każda wypowiedź składa się w 25% z faktów autentycznych, w 25% z “faktów” znalezionych w książce, które oprócz jej autora przeczytały tylko trzy inne osoby (wydrukowano ją na starych kartonach po pizzy), a 50% z autorskich przemyśleń, wszystko to jednak sformułowane w takiej postaci, jak gdyby co najmniej od pięciu wieków były powszechnie znanymi prawdami. Jeśli w dyskusji ośmielisz się nie zgodzić może natychmiastowo nałożyć na ciebie na przykład ekskomunikę.

Szczególnie upierdliwy jest UPR-owiec, który jest kibicem piłkarskim, bo wtedy uważa za podludzi wszystkich, którzy kibicują innej drużynie (przeważnie są za Manchesterem)

- Na młodego, sarkastycznego z dużego miasta

Każde zdanie ubiera w sarkazm, ale niestety taki najniższej jakości, w połowie rozmowy tak naprawdę sam już chyba nie do końca wie co planował powiedzieć z przekąsem, nawet “podaj mi herbatę” formułuje mówiąc “nie pijam kawy”. To oczywiście czysta teoria i taki sobie przykład, bo kto normalny chodzi na imprezy, na których serwuje się kawę i herbatę?

- Na Kubę Wojewódzkiego

Niemal każde zdanie dyskusji celnie podsumuje jakimś ironicznym i zabawnym komentarzem.

- Na Szymona Majewskiego

Jw. tylko komentarz nie jest ani celny, ani zabawny.

Jedna stacja, dwie grupy docelowe - od lewej: uczniowie gimnazjum oraz reszta świata

- Na wiejskiego głupka

Nie ma za dużej wiedzy w żadnym z omawianych tematów, ale nie ma też na tyle dużych jaj by powiedzieć “nie wiem, nie znam się” lub słuchać z uwagą. Jest czynnym, czasem najczynniejszym uczestnikiem dyskusji, powielając jednak i przychylając się do opinii wygłaszanych przez rozmówców. Jest to szczególnie poczciwe w momencie, gdy szala racji w dialogu się zmienia, wtedy w jednej dyskusji potrafi zmieniać partię od skrajnej prawicy do komunizmu, a z ateisty w kilkadziesiąt minut staje się zagorzałym wyznawcą hinduizmu.

- Na kibica Legii

Czy dowolnej innej drużyny. Akcja dramatu rozgrywa się w Warszawie, więc tutaj akurat mowa o Legii (prawdopodobieństwo, że trafimy na jednego z trzydziestu ośmiu kibiców Polonii jest stosunkowo małe). Choćbyśmy właśnie debatowali o teorii początku wszechświata pod wpływem bliżej niezrozumiałego impulsu stanie na krześle i zaintonuje wszystkim “CZARNA DUPA, ŻÓŁTE CYCE TO GIEKAES KATOWICE” (i inne). I tak mniej więcej przez kolejnych 30 minut.

Koledzy z Płocka intonują jeszcze "WOLĘ CHUJEM KRĘCIĆ CIASTO, NIŻ NA KIELCE WOŁAĆ MIASTO". Z ciekawości sprawdziłem co to jest ta cała piłka ręczna i jedno jest pewne - NIE PODOBA MI SIĘ!!!

- Na chore nerki

W każdym momencie rozmowy, kiedy tylko poczujesz się nieswojo lub w mniejszości, wychodzi do toalety i siedzi tam długo jak tylko uzna za stosowne. Nie czuje się skrępowany nawet jeśli następuje to czterokrotnie w ciągu godziny. Pozostali goście muszą lać przez okno lub na wycieraczkę sąsiada, ale menda nie poczuwa się, by pokryć ewentualne mandaty.

- Na prawnika

Picie z prawnikami (nawet studentami) to koszmar ponieważ zdolność abstrakcyjnego myślenia upadła na samo dno mniej więcej w okolicy połowy pierwszego roku. Nawet nie zdążysz skończyć zdania “ale fajnie byłoby polecieć do innej galaktyki”, kiedy prosto w twarz dostaniesz Konstytucją, która “wyraźnie na to nie zezwala”.

- Na wikipedystę

Choć przeciętny redaktor Wikipedii nie opuszcza Morii, a jego dziewczyna ma brodę zawstydzającą samego Albusa Dumbledore’a, czytelnicy wyglądają już całkiem normalnie. Rozmówca korzystający z erystycznego zabiegu “na wikipedystę” niemal zawsze, ale to zawsze, gdy tylko się nie zgadza każe sprawdzić stan faktyczny w internecie. Jeśli racja jest jego – jest szczęśliwy, jeśli nie – upiera się, że kiedyś było inaczej, a Wikipedię edytują idioci.

Redakcja Wikipedii

- Na Pudziana

Kiedy zaczyna brakować mu argumentów, kodeks honorowy nakazuje skrzyżować miecze (i wcale nie chodzi tu o sytuację przy jednym pisuarze). Zanim jednak dojdzie do rękoczynów pijacka erystyka nakazuje wyliczyć wszystkie sztuki walki jakie kiedykolwiek trenowaliśmy, a jeśli takowych brak – przynajmniej wyliczyć wszystkie części Karate Kid, na których byliśmy w kinie.

The End

Pijani ludzie są niezwykle kreatywni, ale nie potępiajmy ich. Nie mielibyśmy prądu, gdyby taki na przykład Edison wylewał za kołnierz. Strach pomyśleć ilu wielkich geniuszy bez udziału alkoholu w ogóle by się nie narodziło.


Engine