
Pamiętam jak dziś jak w grudniu zgłosiła się do mnie ekipa TVN-u bym łaskawie zechciał zaszczycić swoją skromną osobą jury. Musiałem odmówić, bo już dogadałem się na swój prywatny show w Croppie. “No to chociaż, kurde, zaśpiewaj” – nalegała stacja. Ja jednak byłem nieugięty i chyba nawet dobrze się stało, bo ten cały X-Factor to (przepraszam za wyrażenie) kupa.
Spieszę z wyjaśnieniami. Żyjemy w Polsce, czterdziestomilionowym kraju, który lubuje się w tworzeniu programów telewizyjnych na zagranicznych licencjach. I bardzo dobrze. Ludzie narzekający na ten stan rzeczy dziś w telewizji dla siebie mogą znaleźć chyba tylko performance’y profesora Miodka. I bardzo dobrze. Zresztą, licencje nie są złe. Dostajemy coś o czym wiemy, że było dobre. To tak jakby do naszego kraju nigdy nie zawitała Coca Cola (nie wiem jak wam, mi na samą myśl skoczyło ciśnienie).
Mieliśmy zatem kilka Idoli, kilka Big Brotherów, mieliśmy trzy edycje Mam Talent, a teraz mamy swój X-Factor, który w założeniu nie różni się wiele od emitowanego kilka lat temu w Polsacie poprzednika. Problem zaczyna się w miejscu, kiedy pomiędzy emisją obu programów minęło jakieś 7 lat, a X-Factor trzyma poziom +/- szesnastego Idola. Poważnie, ten program jest słaby jak dowolna płyta Gosi Andrzejewicz.

Albo może nawet słabszy, bo kiedy nad Gosią Andrzejewicz pracowało trzystu ekspertów od wizerunku (film “300” w sposób metaforyczny podobno opowiada ich losy), X-Factor opowiada nam historię naturszczyków. A tam, gdzie dokładnie jest miejsce i zapotrzebowanie na urzekającą naturalność pojawia się Michał Szpak. A tego moje konserwatywne gusta zdzierżyć nie mogą. Ale po kolei.
Spójrzmy prawdzie w oczy, w programach tego typu najważniejsi nie są uczestnicy, tylko jury. To jest dobre, bo za nimi stoi jakaś jakość. Trzeba jednak po prostu o tym pamiętać. To oni się promują i kiedy dziś wiemy, że Alicja Janosz zbiera truskawki na plantacji bawełny w Panamie, a Szymon Wydra sprzedaje swoje włosy przez internet, Zapendowska, Wojewódzki robią karierę, Cygan promować się nie musiał, a Leszczyński staje na głowie by pisać jeszcze bardziej kretyńskie felietony w gazecie, której tytułu wam wprost nie powiem. W X-Factorze znów mamy mistrza Wojewódzkiego, który z miejsca dorzuca 2 mililony do oglądalności, Czesława Mozila – artystę awangardowego i Maję Sablewską. Nie wiem kto to, ale mam nadzieję, że nie ma nic wspólnego z agentem Tomkiem, a takie mariaże zawsze ostatecznie prowadzą do Kingi Rusin, którą powinni rozstrzelać jeszcze w czasach Telewizji Publicznej.
W praktyce wyszło tak, że Wojewódzki chodzi cały czas smutny, ponieważ musi udawać, że podoba mu się występ dziesięciu niezbyt rozgarniętych ludzi, których przerzucił do tak zwanych finałów, Czesław nie umie mówić po polsku, ale jest tak pocieszny, że aż chce się go przytulić nawet mimo wspomnianych wcześniej konserwatywnych uprzedzeń, a Maja jako jedyna wybitnie sprawia wrażenie osoby, która nie ma pojęcia o czym mówi. Ale, czego się spodziewać po osobie, która – sprawdziłem – przez lata wciskała do naszych domów Dodę.
Efekt jest taki, że wybrano dziesięć marek półfinałowych, spośród których nie pamiętam już siedmiu, oglądając każdy kolejny odcinek piję do telewizora (albo płaczę), zadając sobie do tego pytanie “kto to kur** jest?!”, a przecież program jest dopiero na swoim półmetku. Grupy – czyli zespoły wokalne złożone z większej liczby członków były tak marne, że lepiej śpiewa zespół lokalnych meneli, który eleganckim falsecikiem odśpiewuje swój koronny przebój “Kierowniku poratuj” gdy nad ranem ulicami miasta wracam do domu.

Tu miało być zdjęcie Michała Szpaka, ale uznałem, że nie będziemy go uparcie promować chociaż na naszym blogu
Są jeszcze wokaliści. Jakaś międzynarodowa grupka, której kompletnie nie ogarniam, ale z tego co wiem już ich nie ma, to miły ukłon stacji w kierunku mojej krótkiej pamięci. Jest starsza pani, której obecność w programie argumentuję sobie niestety wyłącznie wolą przyciągnięcia przed telewizor kur domowych z niespełnionymi marzeniami. No i są dwaj wielcy zwycięzcy tego programu, którzy moim zdaniem kariery nie zrobią, ale dobre jest to, że jako jedyni potrafią chociaż wzbudzać emocje. Co poniekąd świadczy o kiepskiej jakości tego programu. Do rzeczy!
Michał Szpak. Gdybym chciał opowiedzieć wam jego historię, prawdopodobnie musiałbym użyć połowy epitetów uznawanych powszechnie za nieprzyzwoite. Trudno jednak polemizować z tym, że umie śpiewać. Kariery oczywiście nie zrobi, jeszcze z 10 lat będzie chodzącym dziwadłem, które wyda debiutancką płytę, a w okolicy grudnia ludzie powoli przestaną chodzić na jego koncerty. Dekadę pogra po barach i festiwalach w Opocznie, po czym się ogarnie, zrozumie swoje błędy, zmieni wizerunek i zostanie wokalistą Arki Noego. Zbyt wiele gwiazd reality show było w tym kraju (i to lepszych), by reguła mogła znaleźć swój wyjątek (zresztą już znalazła Monikę Brodkę). Poza tym jestem Polakiem, więc dla samej zasady nie życzę dobrze nikomu, kto już w wieku 16 lat obwołał siebie “Santo Subito”. Jestem też na tyle piękny i młody, bym mógł odpuścić sobie pitolenie sloganów “młodość się musi wyszaleć”.
Gienek Loska. Nie powiem żeby mnie czarował ktoś kto na starcie zaczyna program od tezy “jestem taki alternatywny, mam was wszystkich w dupie”. Tego też nie lubię, aczkolwiek w obliczu większej niechęci do Szpaka z panem Gienkiem się jednoczę. Myślę, ze ten ostatni argument zadecyduje zresztą o zwycięstwie Loski. Bo to nie jest prawda, że my Polacy nie lubimy oryginalności. My nie lubimy zarozumialstwa i bucowatości, a to zupełnie różne pojęcia. (Wracając do Loski) Facet śpiewa naprawdę nieźle, moim zdaniem wygra ten program i nawet nagra płytę. Pierwsza dostanie platynę, drugą kupi jednak już tylko 500 osób, bo my w Polsce nie słuchamy przecież bluesa.
Ale kto by się tym przejmował, w międzyczasie skończą się dwie kolejne edycje X-Factor o poziomie zapewne jeszcze niższym, serwując jednak masie kolejne gwiazdy rodem z reality show, a jedyne płyty, które będą szły po taśmach kasowych ciurkiem to te, na których Czesław śpiewa. Może to i dobrze?
