Wpisy z tagiem telewizja


Dalsze losy laureatów X-Factor

18 grudnia 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

W tym miesiącu na sklepowych półkach ląduje nowa płyta laureatki Idola, Alicji Janosz. Mniej więcej 10 lat potrzebowała, by jakoś zaczęło to wyglądać, a potężne koncerny muzyczne nie zmuszają już Alicji do śpiewania o jajecznicy. Jako, że Idol to jednak relikt przeszłości (wielu z was pewnie nie było nawet na świecie), postanowiłem sprawdzić jak potoczyły się losy bohaterów dnia dzisiejszego czyli laureatów programu X-Factor. Tak jak można się było tego spodziewać - jest źle.

(więcej…)


Jak Wam się podoba X-Factor?

26 maja 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

Pamiętam jak dziś jak w grudniu zgłosiła się do mnie ekipa TVN-u bym łaskawie zechciał zaszczycić swoją skromną osobą jury. Musiałem odmówić, bo już dogadałem się na swój prywatny show w Croppie. “No to chociaż, kurde, zaśpiewaj” – nalegała stacja. Ja jednak byłem nieugięty i chyba nawet dobrze się stało, bo ten cały X-Factor to (przepraszam za wyrażenie) kupa.

Spieszę z wyjaśnieniami. Żyjemy w Polsce, czterdziestomilionowym kraju, który lubuje się w tworzeniu programów telewizyjnych na zagranicznych licencjach. I bardzo dobrze. Ludzie narzekający na ten stan rzeczy dziś w telewizji dla siebie mogą znaleźć chyba tylko performance’y profesora Miodka. I bardzo dobrze. Zresztą, licencje nie są złe. Dostajemy coś o czym wiemy, że było dobre. To tak jakby do naszego kraju nigdy nie zawitała Coca Cola (nie wiem jak wam, mi na samą myśl skoczyło ciśnienie).

Mieliśmy zatem kilka Idoli, kilka Big Brotherów, mieliśmy trzy edycje Mam Talent, a teraz mamy swój X-Factor, który w założeniu nie różni się wiele od emitowanego kilka lat temu w Polsacie poprzednika. Problem zaczyna się w miejscu, kiedy pomiędzy emisją obu programów minęło jakieś 7 lat, a X-Factor trzyma poziom +/- szesnastego Idola. Poważnie, ten program jest słaby jak dowolna płyta Gosi Andrzejewicz.

Albo może nawet słabszy, bo kiedy nad Gosią Andrzejewicz pracowało trzystu ekspertów od wizerunku (film “300” w sposób metaforyczny podobno opowiada ich losy), X-Factor opowiada nam historię naturszczyków. A tam, gdzie dokładnie jest miejsce i zapotrzebowanie na urzekającą naturalność pojawia się Michał Szpak. A tego moje konserwatywne gusta zdzierżyć nie mogą. Ale po kolei.

Spójrzmy prawdzie w oczy, w programach tego typu najważniejsi nie są uczestnicy, tylko jury. To jest dobre, bo za nimi stoi jakaś jakość. Trzeba jednak po prostu o tym pamiętać. To oni się promują i kiedy dziś wiemy, że Alicja Janosz zbiera truskawki na plantacji bawełny w Panamie, a Szymon Wydra sprzedaje swoje włosy przez internet, Zapendowska, Wojewódzki robią karierę, Cygan promować się nie musiał, a Leszczyński staje na głowie by pisać jeszcze bardziej kretyńskie felietony w gazecie, której tytułu wam wprost nie powiem. W X-Factorze znów mamy mistrza Wojewódzkiego, który z miejsca dorzuca 2 mililony do oglądalności, Czesława Mozila – artystę awangardowego i Maję Sablewską. Nie wiem kto to, ale mam nadzieję, że nie ma nic wspólnego z agentem Tomkiem, a takie mariaże zawsze ostatecznie prowadzą do Kingi Rusin, którą powinni rozstrzelać jeszcze w czasach Telewizji Publicznej.

W praktyce wyszło tak, że Wojewódzki chodzi cały czas smutny, ponieważ musi udawać, że podoba mu się występ dziesięciu niezbyt rozgarniętych ludzi, których przerzucił do tak zwanych finałów, Czesław nie umie mówić po polsku, ale jest tak pocieszny, że aż chce się go przytulić nawet mimo wspomnianych wcześniej konserwatywnych uprzedzeń, a Maja jako jedyna wybitnie sprawia wrażenie osoby, która nie ma pojęcia o czym mówi. Ale, czego się spodziewać po osobie, która – sprawdziłem – przez lata wciskała do naszych domów Dodę.

Efekt jest taki, że wybrano dziesięć marek półfinałowych, spośród których nie pamiętam już siedmiu, oglądając każdy kolejny odcinek piję do telewizora (albo płaczę), zadając sobie do tego pytanie “kto to kur** jest?!”, a przecież program jest dopiero na swoim półmetku. Grupy – czyli zespoły wokalne złożone z większej liczby członków były tak marne, że lepiej śpiewa zespół lokalnych meneli, który eleganckim falsecikiem odśpiewuje swój koronny przebój “Kierowniku poratuj” gdy nad ranem ulicami miasta wracam do domu.

Tu miało być zdjęcie Michała Szpaka, ale uznałem, że nie będziemy go uparcie promować chociaż na naszym blogu

Są jeszcze wokaliści. Jakaś międzynarodowa grupka, której kompletnie nie ogarniam, ale z tego co wiem już ich nie ma, to miły ukłon stacji w kierunku mojej krótkiej pamięci. Jest starsza pani, której obecność w programie argumentuję sobie niestety wyłącznie wolą przyciągnięcia przed telewizor kur domowych z niespełnionymi marzeniami. No i są dwaj wielcy zwycięzcy tego programu, którzy moim zdaniem kariery nie zrobią, ale dobre jest to, że jako jedyni potrafią chociaż wzbudzać emocje. Co poniekąd świadczy o kiepskiej jakości tego programu. Do rzeczy!

Michał Szpak. Gdybym chciał opowiedzieć wam jego historię, prawdopodobnie musiałbym użyć połowy epitetów uznawanych powszechnie za nieprzyzwoite. Trudno jednak polemizować z tym, że umie śpiewać. Kariery oczywiście nie zrobi, jeszcze z 10 lat będzie chodzącym dziwadłem, które wyda debiutancką płytę, a w okolicy grudnia ludzie powoli przestaną chodzić na jego koncerty. Dekadę pogra po barach i festiwalach w Opocznie, po czym się ogarnie, zrozumie swoje błędy, zmieni wizerunek i zostanie wokalistą Arki Noego. Zbyt wiele gwiazd reality show było w tym kraju (i to lepszych), by reguła mogła znaleźć swój wyjątek (zresztą już znalazła Monikę Brodkę). Poza tym jestem Polakiem, więc dla samej zasady nie życzę dobrze nikomu, kto już w wieku 16 lat obwołał siebie “Santo Subito”. Jestem też na tyle piękny i młody, bym mógł odpuścić sobie pitolenie sloganów “młodość się musi wyszaleć”.

Gienek Loska. Nie powiem żeby mnie czarował ktoś kto na starcie zaczyna program od tezy “jestem taki alternatywny, mam was wszystkich w dupie”. Tego też nie lubię, aczkolwiek w obliczu większej niechęci do Szpaka z panem Gienkiem się jednoczę. Myślę, ze ten ostatni argument zadecyduje zresztą o zwycięstwie Loski. Bo to nie jest prawda, że my Polacy nie lubimy oryginalności. My nie lubimy zarozumialstwa i bucowatości, a to zupełnie różne pojęcia. (Wracając do Loski) Facet śpiewa naprawdę nieźle, moim zdaniem wygra ten program i nawet nagra płytę. Pierwsza dostanie platynę, drugą kupi jednak już tylko 500 osób, bo my w Polsce nie słuchamy przecież bluesa.

Ale kto by się tym przejmował, w międzyczasie skończą się dwie kolejne edycje X-Factor o poziomie zapewne jeszcze niższym, serwując jednak masie kolejne gwiazdy rodem z reality show, a jedyne płyty, które będą szły po taśmach kasowych ciurkiem to te, na których Czesław śpiewa. Może to i dobrze?


Jak przeżyć Wielkanoc?

23 kwietnia 2011 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe

Wszyscy kochamy Święta. Albo nienawidzimy. Nie mogę się zdecydować. W każdym razie Wielkanoc troszkę jakby mniej (albo bardziej), bo nie ma Mikołaja, choć w pewnych domach funkcjonuje tzw. Zajączek (u mnie niestety najwidoczniej zerwał się gdzieś z Zębową Wróżką i przez to miałem smutne dzieciństwo). Jak to więc z tą Wielkanocą jest?

Lubię to

Specjalne pozdrowienia wędrują w kierunku świątecznego stołu. Nie martwcie się, ubrania w Croppie dostępne są we wszystkich rozmiarach. Chyba, że jesteście laskami. Wtedy się martwcie, bo grube laski wyglądają obleśnie. A idzie lato – żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Świąteczny stół to Mekka (ha, notka nie tylko dla chrześcijan!) wszystkich studentów. Na litość boską, ileż można jeść pizzę i Hamiego? Staropolska różnorodność jest fajna, a nawet tym fajniejsza, że za wszystko płacą RODZICE. Na studiach przeważnie i tak za wszystko płacą rodzice , ale jakoś z pieniędzmi, których nigdy nie widziało się na oczy łatwiej się rozstawać. Dziennikarski instynkt podpowiada mi, że na ten fragment notki z entuzjazmem zapatrywać mogą się także środowiska żydowskie.

w zależności od wyznania na wielkanocne śniadanko opierdziel sobie jajko, czekoladowe World Trace Center albo jakiegoś Palestyńczyka

Dobra, od razu mówię, że wiem, to zabrzmi głupio, naiwnie, nieprawdopodobnie, science fiction i inne takie, ale trochę na siłę doszukuję się zalet. W Wielkanoc wolni od znajomych, zobowiązań, pod czujnym okiem rodziny, itp. to już NA PEWNO zaczniemy uczyć się do sesji, matury, sprawdzianu, whatever.

Kiedyś Wielkanoc kojarzyła mi się też z wujkami, ciociami, babciami i dziadkami. Jeśli pomyślałeś o cieple domowego ogniska to niezawodny znak, że jesteś GEJEM. Biznes jest biznes, a w tym interesie nie ma skrupułów, dotacje odbywają się wyłącznie na płaszczyznach rodzinnych. Oczywiście tak było, gdy byłem jeszcze biednym, smutnym licealistą i nie miałem nawet jednej akcji z tych dziesięciu spółek polskiej giełdy, których dziś jestem prezesem. Z czasem sytuacja się odmienia i coraz częściej zdaję się słyszeć “Kubuś, to Ferrari co ostatnio kupiłeś wujkowi trochę się psuje, zrób coś z tym”.

Tego tak nie bardzo

Mimochodem przechodzimy do wad. Spotkania z babciami, wujkami, ciociami i dziadkami to przede wszystkim jednak trauma. Ten moment zawsze przychodzi znienacka, choć dasz sobie głowę uciąć, że już tydzień wcześniej starannie go zaplanowali. “Jakubie, kiedy ślub, masz już prawie 40 lat” to stwierdzenie, które u każdego normalnego, rozsądnego, heteroseksualnego mężczyzny powoduje gęsią skórkę (zresztą myślę, że wielu moich czytelników poczułoby się dziwnie już wtedy, gdyby ktoś nagle zaczął zwracać się do nich per “Jakubie”).

nie da się ukryć, że prywatnie jestem zdecydowanie bardziej koneserem studenckiego "jajeczka"

Z tą czterdziestką, specjalnie dla moich fanek, dementuję. Jestem piękny, młody, dwudziestokilkuletni. Ale rodziny się nie wybiera. Prawdziwe jest także stwierdzenie, że z rodziną ładnie wychodzi się tylko na zdjęciu. Plotki głoszą, że to jeden z głównych powodów, dla których wciąż rozwijają Photoshopa.

I to chodzenie do kościoła. Matko Bosko kochano! Msze święte w Wielkanoc trwają ze dwie godziny, a my mamy w sobie pi razy drzwi 1/3 zawartości lodówki. Traumą jest także spowiedź święta, czyli wydzielający podejrzany zapach ksiądz, który z wyraźnym niezainteresowaniem (trudno mu się zresztą dziwić) słucha twoich prywatnych wynurzeń. Ciekawe czy gdyby role się odwróciły i podejrzane zapachy wydawałbym ja, cała sprawa nie byłaby zabawniejsza. “Ooooodmówię 2,5 zdhowaśki i to moje ostatatatatnie – hik – słowo!”. Zresztą spowiedź to już akurat temat z górki, bo najpierw trzeba odstać swoje. A przed nami między innymi zapłakana staruszka, która na cały kościół krzyczy do konfesjonału, że przypaliła obiad. Naprawdę, jestem w tej branży chyba tylko dlatego, że w liceum miałem fatalny feeling z klasowymi satanistami.

powiedzmy, że trudno mi się dziwić

Mamy to taki dziwny gatunek ludzkości, który nie rozumie, że w gazetach ogłaszają się miliony Ukrainek, które nie dość, że z przyjemnością wysprzątają całe mieszkanie, to jeszcze za marne grosze, które jednak dla przeciętnego Ukraińca są jak wygrana na loterii. Sprzątamy osobiście, segregujemy odpadki, wyrzucamy śmieci, myjemy okna i odkurzamy. Koniecznie codziennie, a najlepiej dwa razy dziennie, jakby w sobotę wieczorem nie można było wszystkiego solidnie opierdzielić.

I ta presja otoczenia. Ja rozumiem, że jajka to dużo białka: siła, masa, nie ma lipy, ale na litość boską, nie każdy ma ochotę na wpierdzielenie piętnastu pisanek, tylko dlatego, że komuś się chciało to wszystko gotować, a jedenastoletnia kuzynka jest głupia, zamiast oglądać seriale, grać na konsoli, wyrywać fajnych facetów w klubie czy chociaż walić wódę z kolegami, trzy ostatnie dni poświęciła na malowanie pisanek, które i tak wyglądają niczym wyciągnięte prosto z kurzej, ekhm, dupy.

Albo konkurs na stukanie się jajkami. Tak kretyńskich propozycji nie dostawałem nawet wtedy gdy wybrałem się kilka lat temu na wycieczkę (dziennikarska rzetelność) do warszawskiej Utopii.

Już nie chcę Wielkanocy dobijać repertuarem rodzimej telewizji. A niech puszczą sobie jeszcze raz, tak na wszelki wypadek gdybym zapomniał znane na pamięć dialogi Harry’ego Pottera z Kamieniem Filozoficznym, Shreka czy z Pasji.

Przewaga minusów zdecydowanie na niekorzyść Wielkanocy. Ale i tak ją lubię. Wesołych Świąt.


Najlepsze polskie reklamy

7 marca 2011 |  Kuba 
Kategoria: Wyszperane

Być może nie jestem takim asem reklamy i marketingu jak Gippius albo Jull, którzy nawet Beduinom wcisnęliby samoopalacz (w Croppie trochę się marnują, nasze ciuchy są tak dobre, że sprzedają się same), ale i tak na reklamie znam się świetnie (…) kiedyś czytałem o niej książkę (…) w sumie to tylko połowę bo zgubiłem w metrze. Ponieważ jednak “jestem głosem marki Cropp” (a głos ten jeszcze nigdy nie był tak seksowny) zapraszam w multimedialną podróż po perełkach polskiej reklamy. Poniżej dziesięć zaszczytnych pozycji, a marketingowcy, którzy je tworzyli już od tygodnia chwalą się na facebooku, że “będą na Croppie” (i słusznie).

Samosprzedające się ciuchy Croppa

10. Pollena 2000

Być może 20 lat temu ludzie byli mądrzejsi i bardziej oczytani, a ci podstępni mędrcy Syjonu nie wydawali ogłupiającego polskie społeczeństwo Bryka, mam bowiem smutne przeczucie, że dziś przeciętny widz miałby problem z pojęciem aluzji do perły polskiego pozytywizmu. Tak czy siak Pollena 2000 była jedną z pierwszych do tego stopnia abstrakcyjnych reklam jakie trafiły do polskiej telewizji, a zarazem ostatnią reklamą proszku do prania, której adresatem nie był totalny idiota. No i skąpo odziana panienka na końcu spotu, co w tamtych czasach było zagraniem tak odważnym, jakby dziś Vizir zaczął wklejać do swoich reklam kadry z niskobudżetowego pornola.

YouTube Preview Image

9. ING

Nie są to może reklamy bawiące do rozpuku, ale przecież to bank – tu chodzi o zbudowanie poważnej marki. A współpraca ING z Markiem Kondratem to gruby hajs dla obydwu stron, bo… Marka Kondrata lubi w zasadzie każdy. To chyba jedyny Polak (zaraz obok mnie i Małysza oczywiście), który ma tak wierną rzeszę fanów i niewielu przeciwników. Kondrat od lat tworzy w tych reklamach fantastyczną rolę, tak wspaniale kontrastując z całą rzeszą swoich branżowych kolegów, którzy w telewizji rozpływają się nad smakiem drobiowego pasztetu. Poza tym kto nie chciałby korzystać z usług banku, który promuje facet wypowiadający codzienną mantrę milionów polaków, cyt. “dżizys kurwa, ja pierdolę”.

YouTube Preview Image

8. Frugo

Utracony smak dzieciństwa, choć wieść gminna niesie, że niekoniecznie na zawsze. Ale o tym innym razem. Kiedy Frugo wchodziło na rynek zafundowało sobie naprawdę niecodzienną kampanię na kilku frontach, był absurd, była groteska, a młodzi ludzie byli tacy szczęśliwi, że w dobie wszechatakujących wówczas spotów OFE (czy raczej “a fe!”) ktoś swoją reklamę zaadresował właśnie do nich.

YouTube Preview Image

7. Żubr

Żubr przygotował cała linię bardzo fajnych i inteligentnych reklam, pełnych aluzji i zabawy słowem. W tych dwuznacznościach oparte były całe mądrości życiowe przeciętnego studenta… i przeciętnego zoologa. W każdym razie wiele Żubrów zostało wypitych tylko w ramach uznania dla pomysłowego browaru. W przeciwieństwie do Żubrówki. A Biała Żubrówka śmiało może pretendować do miana najgorszego debiutu spożywczego 2010 roku. Żeby nie było, że – jako koneser (jak chyba każdy student w tym kraju) – nie ostrzegałem.

YouTube Preview Image

6. Żywiec

Pozostając w piwnych klimatach trudno nie docenić świetnej reklamy Żywca – zrobionej i z pomysłem, i z humorem, ale przede wszystkim udanej do tego stopnia, że zwrot “prawie jak” przeniknął do popkultury, języka potocznego, kina, a nawet polityki. Zresztą, face the facts, większość polskich polityków jest “prawie jak”.

YouTube Preview Image

5. BZ WBK

Wprawdzie naczelną gwiazdą kampanii jest Anglik, ale za to motywem przewodnim – jak chyba nigdzie indziej – Polska. John Cleese, światowej sławy komik zgodził się promować rodzimy bank, a oferta urzekła go na tyle mocno, że z przyjemnością skorzystałby z jego usług. Fajny pomysł, zawodowa realizacja, doborowa obsada. Na pewno lepszy pomysł niż zatrudnienie Leo Benhakkera jako gwaranta usług bankowych po mistrzostwach, na których wymęczyliśmy jeden punkt, choć znacjonalizowano pół Brazylii.

YouTube Preview Image

4. Heyah

Heyah zanotowało naprawdę mocne wejście na polski rynek,  najpierw nikt nie wiedział nic, jak w czeskim filmie. Potem się wszystko nieco wykrystalizowało i dostaliśmy serię zabawnych reklam, punktem kulminacyjnym były zaś przygody Czerwonego Kaptuka. Reklama dała efekt lepszy od zamierzanego, ponieważ KRRiTV, w której prawdopodobnie zasiadały wówczas sześcioletnie dziewczynki, zablokowała ją ze względu na… przemoc. I zrobiło się naprawdę głośno.

YouTube Preview Image

3. Allianz

Ta reklama nauczyła mnie życia. Serio. Nie, nie zacząłem oszczędzać na własną rękę na swoją emeryturę – co zresztą pokazuje, że było całkiem słuszną decyzją. Dzięki temu szybko zrozumiałem jednak co w życiu liczy się najbardziej.

YouTube Preview Image

2. Mumio

Rewolucja obyczajowa w polskiej reklamie. Największa od czasów, gdy znana diwa polskiego kina zachwalała papier toaletowy Regina (“jest taki miękki i tak ładnie pachnie”), a ja nawet nie czuję, gdy rymuję. Reklamy kabaretu Mumio, to reklamy z humorem absurdalnym, ale inteligentnym, dlatego tak doskonale się w nich odnajdowałem (no ba).

YouTube Preview Image

Adin – Netia

To jest akurat ściema, bo na pierwszym miejscu powinno być Mumio, a Netia dopiero na drugim, ale wymyśliłem sobie, że tak będzie fajnie. Prawda, że fajnie? Faaaaaaajnie! Zwycięzców nikt nie sądzi, a reklamy z Tomaszem Kotem z reklamy na reklamę są coraz lepsze. Aż strach pomyśleć jak fajne będą za rok. Oj, coś czuję, że Netia już szykuje dla mnie kontrakt.

YouTube Preview Image

Engine