
Jesteście młodzi. Nie wszyscy pewnie pamiętacie te czasy, kiedy gracz był odszczepieńcem, ludzie pokazywali go sobie na ulicach, a podli naziści wywozili do zamkniętych obozów pracy (może trochę przesadzam z określaniem rodziców mianem nazistów, ale wysiłek fizyczny był tym, co wpędzało przeciętnego gracza w porządną konfuzję za każdym razem, gdy już wysłano go na kolonie do Darłówka).
Dziś to już na szczęście przeszłość a, jak już kiedyś wspominałem, fajną dupę łatwiej poderwać na gitarę do Guitar Hero niż tradycyjną. Nie bez znaczenia jest tu również fakt, iż sami Polacy w końcu zaczęli robić porządne gry. Nie jeden Amerykaniec czy Chińczyk stracili właśnie dziewczynę czy resztkę fizycznie istniejących przyjaciół z powodu naszego Wiedźmina czy Call of Juarez: Więzy Krwi.
Ponieważ okazuje się, że jestem nie tylko piękny, mądry, młody, ale też wpływowy i bogaty, niemal na miesiąc przed sklepową premierą miałem okazję pograć w Bulletstorma. Strzelanka rodem z warszawskiego studia People Can Fly (choć robiona w dużej mierze za zagraniczne pieniądze) prawdopodobnie zostanie uznana najlepszą grą jaką udało nam się stworzyć nad Wisłą – przynajmniej do czasu Wiedźmina 2, którego premiera już w maju.
Bulletstorma robi nie byle kto. Szefem studia jest Adrian Chmielarz, czyli twórca gier takich jak Tajemnica Statuetki, Książę i Tchórz czy Teenagent. Błagam Was, napiszcie w komentarzach, że w te starocie graliście, a już najlepiej – że z własnymi dziećmi – bo choć mam dopiero dwadzieścia parę lat ostatnio bardzo poważnie przechodzę kryzys wieku średniego. Poniekąd dlatego, że powoli kończą się studia. I równie powoli zaczynam rozumieć czym kierowali się ci wszyscy dziwni ludzie, którzy zdecydowali się robić doktorat.
Chmielarz po kilku latach przerwy od przygodówek postanowił założyć nowe studio i zająć się robieniem strzelanek. Tak właśnie powstał Painkiller, czyli pierwsza gra z Polski, która za granicą w ogóle została zauważona. Minęło kilka lat, a Chmielarz po ponad 30 miesiącach harówki – podobno w ładnym biurze z dużą ekipą, ale wszyscy wiemy, że ludzie tacy jak on najlepiej czują się w ciasnej piwnicy – na rynek wypuszcza swoją nową strzelankę.
Bulletstorm to shooter dla ludzi, którzy na co dzień nie szukają na każdym kroku odpowiedzi na pytania o sens życia, “jak zdefiniować czas?” czy “czym jest miłość?”. Swoją drogą doświadczenia ostatniego tygodnia podpowiadają mi, by nigdy, ale to przenigdy nie pytać transwestytów o godzinę. To był mój błąd, a oni ostatnio upatrzyli sobie Uniwerek Warszawski jako miejsce swoich happeningów. W odpowiedzi usłyszałem, że czas to pojęcie względne i podstawiono mi pod nos do podpisania petycję o utworzenie strefy czasowej dla ludzi, którzy nie identyfikują się z żadną z istniejących.

Na czym my to? Aaa… tak. Bulletstorm jest krwawy, bezmyślny, a jeśli na pudełkach z grą pojawiają się te znaczki “uwaga: przemoc, seks, narkotyki” – on ma mieć je wszystkie. Nie do końca podobał mi się szaleńczy błysk w oku Chmielarza kiedy o tym opowiadał, ale taki Tarantino też przecież nie jest do końca normalny, co nie przeszkadza mu być geniuszem. I właśnie z filmów Tarantino Bulletstorm ma trochę czerpać klimatem dialogów. I rzeczywiście – czerpie – i jeszcze bardziej rzeczywiście – trochę. Co klasa scenariusza Tarantino, to jednak klasa.
Fabuła, jak to w bezmyślnych strzelankach przeważnie bywa, jest błaha. Kosmiczni piraci rozbijają się na jakiejś niezbyt przyjaznej planecie, no i trzeba wszystko pozabijać (tam w tle jeszcze leci cośtam cośtam, na co statystyczny gracz rozsądnie odpowie “escape, escape”). W Bulletstormie to zabijanie sprawia naprawdę zajebistą frajdę, także dzięki możliwości konstruowania wymyślnych kombosów. Oprócz rozmaitych giwer (a niektóre są taaaaaak wielkie, że zadowolą nawet najbardziej zakompleksionych graczy) możemy przeciwników kopać (na przykład w dół przepaści) oraz posługiwać się takim wymyślnych elektromagnetycznym lassem. To jest super. Napisałbym, że zabijanie chyba jeszcze nigdy nie było tak przyjemne, ale boje się, że prosto od klawiatury wsadzą mnie do czubków.
Bulletstorm ma gwarantować od 8 do 14 godzin zabawy w zależności od tego jak bardzo, delikatnie mówiąc, rozgarnięty jest gracz. Nic na to nie poradzę, teraz gry robi się krótkie, bo nikomu nie chce się robić długich gier, a jeszcze częściej długich gier nikomu się też nie chce przechodzić. Nie wadzi jednak temu, by gra – tradycyjnie – kosztowała na PC 150 zeta, a na konsole trochę ponad dwie stówki (Matko Bosko Kochano, ile by to było fajnych t-shirtów w Croppie!)
Na szczęście dostaniemy jeszcze tryb kooperacji i dla multi, więc czas zabawy naturalnie trochę się wydłuży. No i ta grafika. Palce lizać. Nie jest może tak piękna jak w Far Cry 2 czy Crysis 2 (którego jeszcze nie ma i tylko wpływowi bloggerzy Croppa widzieli w akcji), ale ma swój styl, klimat, świetne kolory i wbrew temu co widać na większości obrazków – jest dość różnorodna.
Ponieważ bardzo dobrze znam się na grach – ja w zasadzie na wszystkim znam się bardzo dobrze, ale na grach to już tak mega-mega – śmiało mogę tym samym prognozować, że Bulletstorm będzie wielkim przebojem. Patriotyzm i miłość do dobrych gier to dw dobre powody, dla którch już za kilka dni Bulletstorma kupić warto. A za rok – gdy potanieje – po prostu trzeba!
Ps. Wspominałem coś o tym, że jestem wpływowy?
Moi koledzy z polskiego oddziału EA mają dla Was 5 zestawów gadżetów z gry Bulletstorm – piersiówki, kubki, smycze. Napiszcie w komentarzach na co w grach patrzycie przede wszystkim – fabułę, akcję, grafikę i dlaczego (podajcie też swojego maila), a najciekawsze wypowiedzi stosownie nagrodzimy.