Wpisy z tagiem kącik kulturalny


Kącik kulturalny: Bękarty Wojny

30 maja 2011 |  Kuba 
Kategoria: Film

Jest mniej więcej dwanaście filmów, które wyjątkowo sobie cenię i dwa absolutnie ulubione. O pierwszym z moich ukochanych tworów kinematografii wypowiadać się nie będę, bo to smutna historia o pewnym genialnym kompozytorze, na dodatek reżyser tego filmu nie molestował żadnych dzieci – sami rozumiecie: ani to chwytliwe, ani wesołe. Skoro Amadeusza mamy z głowy pora na Bękarty Wojny.

(więcej…)


Kącik Kulturalny: Wiedźmin 2

22 maja 2011 |  Kuba 
Kategoria: Gry

W zeszły poniedziałek na sklepowe półki trafiła kontynuacja największego polskiego hitu z branży gier. W dzieło warszawskiego CDP Red Studio grali prawie wszyscy, nawet moja rodzona babcia upewniała się czy grałem w tego całego “Wiedźmina”. Grałem, podobał mi się (ale tylko trochę). Rzecz w tym, że grałem też już w Wiedźmina 2 i podoba mi się bardzo.

I od razu chwytliwy obrazek na przywitanie dla środowisk gejowskich, które użalają się w internecie, że nasz blog cyckami stoi.

Opowiem wam jak zawsze, od samego początku, byście mieli ciągłość fabularną mego niesamowitego żywota. Zaczęło się wszystko mniej więcej jeszcze w gimnazjum kiedy pierwsze klasowe metale z dumą w głosie opowiadały ile to książek fantasy przeczytali i jak bardzo czyni ich to “bardziej”. Ja może i bym nawet przeczytał tego Wiedźmina, bo lubię takie klimaty i w ogóle, ale nie chciałem dać satysfakcji sługusom ciemności.

Potem jeszcze zobaczyłem pół filmu o Wiedźminie (drugie pół płakałem) i pół odcinka serialu o Wiedźminie (drugie pół… zresztą – wiecie). I tak oto wystarczyło, by się do marki skutecznie zniechęcić. I oto przyszedł rok 2007, CD Projekt wypuścił swoje wielkie dzieło, ich marketing to spoko ziomki, więc o grze mówili dosłownie wszędzie, a na świecie ludzie zachwycali się, że w końcu dostali jakiś oldskulowy RPG nawiązujący nieco do Neverwinter Nights czy nawet Baldur’s Gate, a nie jakieś nowoczesne popłuczyny.

No i nadszedł czas na Wiedźmina 2. Zajarany jestem nieziemsko, bo CDP nieoficjalnie mówi już o wersji na konsole, choć oczywiście na PC wygląda to dużo lepiej (ale i kosztem całkiem niemałych wymagań sprzętowych). Wiedźmin napierdziela mieczem i trochę czaruje co jest oczywiście zawaliste w każdej grze komputerowej (kto normalny chciałby grać w grę, w której uczy się do sesji i odkurza?).

Jak wytresować smoka - to jest polska wersja

Wiedźmin 2 tradycyjnie będzie miał też te całe motywy z ziołolecznictwem, czyli możemy sobie biegać po świecie gry i zrywać roślinki, a potem przerabiać je na miksturki. Nie wiem jak wiele trzeba mieć wolnego czasu, żeby pitolić się z czymś takim, ale zawsze to miło, że pomyślano o ludziach, którzy w gry zawsze grają druidem, a zamiast nakurwiać fireballe, wolą wyczarowywać magiczne jagody.

Ponieważ ja już w Wiedźmina 2 trochę grałem, mogę śmiało powiedzieć, że jest super i kosi całą konkurencję, jaka w ostatnich latach pojawiła się na rynku. Dragon Age wygląda przy tym jak historia z pierwszej lepszej bajki dla małych dziewczynek, a Risen czy Gothic 4: Arcania na widok Wiedźmina 2 najchętniej pouciekałyby ze sklepowych półek.

Urzekła mnie fajna grafika, fajny system walki. Najbardziej podoba mi się jednak klimat, gdzie naprawdę czuć te fantastyczne trochę średniowieczne czasy. Na samym początku jest taka scena, gdzie Geralt (główny bohater) wspina się po schodach wielkiej wieży oblężniczej i rozmawia z królem Foltestem. Dochodzi do tego siarczysty język, gdzie nie brakuje bluzgów, ale i specyficznego humoru. Tutaj mógłbym napisać “typowego dla Sapkowskiego” i pewnie byłaby to nawet prawda, ale skoro już sprzedałem się, że nie czytałem książek, to chyba nie ma sensu dalej w to brnąć.

Pięciu na jednego, czterech na jednego, trzech na jednego, dwóch na jednego...

CD Projekt robi straszny hype na nowego Wiedźmina, tak w Polsce, jak i na świecie, ma też strasznie ambitne plany dotyczące sprzedaży. Od siebie polecam bardzo, zwłaszcza, że kupując wspieramy swoich, a i w większości sklepów cena oscyluje poniżej stówki co jest bardzo miłym ukłonem w kierunku Polaków w dobie coraz droższych gier.


Kącik kulturalny: Bulletstorm

21 lutego 2011 |  Kuba 
Kategoria: Gry

Jesteście młodzi. Nie wszyscy pewnie pamiętacie te czasy, kiedy gracz był odszczepieńcem, ludzie pokazywali go sobie na ulicach, a podli naziści wywozili do zamkniętych obozów pracy (może trochę przesadzam z określaniem rodziców mianem nazistów, ale wysiłek fizyczny był tym, co wpędzało przeciętnego gracza w porządną konfuzję za każdym razem, gdy już wysłano go na kolonie do Darłówka).

Dziś to już na szczęście przeszłość a, jak już kiedyś wspominałem, fajną dupę łatwiej poderwać na gitarę do Guitar Hero niż tradycyjną. Nie bez znaczenia jest tu również fakt, iż sami Polacy w końcu zaczęli robić porządne gry. Nie jeden Amerykaniec czy Chińczyk stracili właśnie dziewczynę czy resztkę fizycznie istniejących przyjaciół z powodu naszego Wiedźmina czy Call of Juarez: Więzy Krwi.

Ponieważ okazuje się, że jestem nie tylko piękny, mądry, młody, ale też wpływowy i bogaty, niemal na miesiąc przed sklepową premierą miałem okazję pograć w Bulletstorma. Strzelanka rodem z warszawskiego studia People Can Fly (choć robiona w dużej mierze za zagraniczne pieniądze) prawdopodobnie zostanie uznana najlepszą grą jaką udało nam się stworzyć nad Wisłą – przynajmniej do czasu Wiedźmina 2, którego premiera już w maju.

Bulletstorma robi nie byle kto. Szefem studia jest Adrian Chmielarz, czyli twórca gier takich jak Tajemnica Statuetki, Książę i Tchórz czy  Teenagent. Błagam Was, napiszcie w komentarzach, że w te starocie graliście, a już najlepiej – że z własnymi dziećmi – bo choć mam dopiero dwadzieścia parę lat ostatnio bardzo poważnie przechodzę kryzys wieku średniego. Poniekąd dlatego, że powoli kończą się studia. I równie powoli zaczynam rozumieć czym kierowali się ci wszyscy dziwni ludzie, którzy zdecydowali się robić doktorat.

Chmielarz po kilku latach przerwy od przygodówek postanowił założyć nowe studio i zająć się robieniem strzelanek. Tak właśnie powstał Painkiller, czyli pierwsza gra z Polski, która za granicą w ogóle została zauważona. Minęło kilka lat, a Chmielarz po ponad 30 miesiącach harówki – podobno w ładnym biurze z dużą ekipą, ale wszyscy wiemy, że ludzie tacy jak on najlepiej czują się w ciasnej piwnicy – na rynek wypuszcza swoją nową strzelankę.

Bulletstorm to shooter dla ludzi, którzy na co dzień nie szukają na każdym kroku odpowiedzi na pytania o sens życia, “jak zdefiniować czas?” czy “czym jest miłość?”. Swoją drogą doświadczenia ostatniego tygodnia podpowiadają mi, by nigdy, ale to przenigdy nie pytać transwestytów o godzinę. To był mój błąd, a oni ostatnio upatrzyli sobie Uniwerek Warszawski jako miejsce swoich happeningów. W odpowiedzi usłyszałem, że czas to pojęcie względne i podstawiono mi pod nos do podpisania petycję o utworzenie strefy czasowej dla ludzi, którzy nie identyfikują się z żadną z istniejących.

Na czym my to? Aaa… tak. Bulletstorm jest krwawy, bezmyślny, a jeśli na pudełkach z grą pojawiają się te znaczki “uwaga: przemoc, seks, narkotyki” – on ma mieć je wszystkie. Nie do końca podobał mi się szaleńczy błysk w oku Chmielarza kiedy o tym opowiadał, ale taki Tarantino też przecież nie jest do końca normalny, co nie przeszkadza mu być geniuszem. I właśnie z filmów Tarantino Bulletstorm ma trochę czerpać klimatem dialogów. I rzeczywiście – czerpie – i jeszcze bardziej rzeczywiście – trochę. Co klasa scenariusza Tarantino, to jednak klasa.

Fabuła, jak to w bezmyślnych strzelankach przeważnie bywa, jest błaha. Kosmiczni piraci rozbijają się na jakiejś niezbyt przyjaznej planecie, no  i trzeba wszystko pozabijać (tam w tle jeszcze leci cośtam cośtam, na co statystyczny gracz rozsądnie odpowie “escape, escape”).  W Bulletstormie to zabijanie sprawia naprawdę zajebistą frajdę, także dzięki możliwości konstruowania wymyślnych kombosów. Oprócz rozmaitych giwer (a niektóre są taaaaaak wielkie, że zadowolą nawet najbardziej zakompleksionych graczy) możemy przeciwników kopać (na przykład w dół przepaści) oraz posługiwać się takim wymyślnych elektromagnetycznym lassem. To jest super. Napisałbym, że zabijanie chyba jeszcze nigdy nie było tak przyjemne, ale boje się, że prosto od klawiatury wsadzą mnie do czubków.

Bulletstorm ma gwarantować od 8 do 14 godzin zabawy w zależności od tego jak bardzo, delikatnie mówiąc, rozgarnięty jest gracz. Nic na to nie poradzę, teraz gry robi się krótkie, bo nikomu nie chce się robić długich gier, a jeszcze częściej długich gier nikomu się też nie chce przechodzić. Nie wadzi jednak temu, by gra – tradycyjnie – kosztowała na PC 150 zeta, a na konsole trochę ponad dwie stówki (Matko Bosko Kochano, ile by to było fajnych t-shirtów w Croppie!)

YouTube Preview Image

Na szczęście dostaniemy jeszcze tryb kooperacji i dla multi, więc czas zabawy naturalnie trochę się wydłuży. No i ta grafika. Palce lizać. Nie jest może tak piękna jak w Far Cry 2 czy Crysis 2 (którego jeszcze nie ma i tylko wpływowi bloggerzy Croppa widzieli w akcji), ale ma swój styl, klimat, świetne kolory i wbrew temu co widać na większości obrazków – jest dość różnorodna.

Ponieważ bardzo dobrze znam się na grach – ja w zasadzie na wszystkim znam się bardzo dobrze, ale na grach to już tak mega-mega – śmiało mogę tym samym prognozować, że Bulletstorm będzie wielkim przebojem. Patriotyzm i miłość do dobrych gier to dw dobre powody, dla którch już za kilka dni Bulletstorma kupić warto. A za rok – gdy potanieje – po prostu trzeba!

Ps. Wspominałem coś o tym, że jestem wpływowy? :) Moi koledzy z polskiego oddziału EA mają dla Was 5 zestawów gadżetów z gry Bulletstorm – piersiówki, kubki, smycze. Napiszcie w komentarzach  na co w grach patrzycie przede wszystkim – fabułę, akcję, grafikę i dlaczego (podajcie też swojego maila), a najciekawsze wypowiedzi stosownie nagrodzimy.


Kącik kulturalny: Daft Punk

10 lutego 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

Muzyka house jak mało która (no dobra, może obok folku, ale tam przecież występują panienki w zakrywających WSZYSTKO sukienkach i faceci w strojach rodem z parady pederastów) kieruje się kryterium narodowościowym i już na starcie śmiało mogę wam powiedzieć, że liczy się tylko to co wyprodukowano w Stanach, Anglii, a przede wszystkim – we Francji. Cała reszta to, delikatnie rzecz ujmując, jedna wielka wioska, choć oczywiście możecie próbować wyprowadzić mnie z błędu. Nie to, żeby mnie to jakoś przesadnie obchodziło, ale jest właśnie szósta rano, ja chyba jeszcze jestem troszkę pijany, a Jull obiecał mi wprowadzenie do wiosennej kolekcji serii koszulek “Podziwiam Kubę” jeśli uzbieram pod notką sto komentarzy (true story).

Jeśli wciąż wierzysz, że to będzie blog dla osób we flanelowych koszulach lubujących się w paprykarzu i dwugodzinnym śpiewaniu “płonie ognisko w lesie”, pozbądź się tej resztki złudzeń, która ci pozostała. Jak sama nazwa wskazuje, jesteśmy ludźmi ulicy i nie lubimy włóczyć się nocą po pełnych kleszczy zaroślach. My żyjemy w betonowej puszczy (dobra, przeczytałem to ostatnie zdanie i teraz nie mam wątpliwości – wciąż jestem pijany).

Na gruncie popularności remake’u Trona, Daft Punk w końcu przeniknął do masowej popkultury, wcześniej znajdował się trochę z tyłu sceny, zarezerwowany dla miłośników francuskiego house’u. Szkoda, bo w swoim gatunku są to wykonawcy wybitni. A lubię ich tak bardzo, że moi znajomi zdążyli już ich znienawidzić i teraz lubią mnie denerwować cytując internetowych trolli z zarzutem, że chłopaki wyglądają jak Power Rangers!

Wiecie co z nimi zrobić, nie?

Swoją drogą kiedy jeszcze jako dziecko oglądałem przygody Wojowników Mocy, nie miałem pojęcia, że Kitowcy są tak dosłowną metaforą intelektualną osób, których przyjdzie mi spotykać niemal na każdym kroku dorosłości. No – “dorosłości” – ponieważ ci nieliczni, którzy widzieli mnie bez kasku mogą potwierdzić, że wciąż jestem piękny i młody.

Zastanawiacie się zapewne co my, gwiazdy popkultury, mamy z tymi kaskami? Z Daft Punkiem historia jest bardzo ciekawa, ponieważ początkowo zespół stanowiła para paryskich DJ-ów (Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter), która początkowo kasków nie miała i nawet zdążyła wydać płytę Homework. 9 września 1999 roku w wyniku wybuchu jednego z samplerów muzycy zginęli, a ich miejsce zajęły… roboty. No, a przynajmniej tak wieść gminna niesie.

Tak narodził się Daft Punk, którego znamy dziś. Daft Punk ociekający zajebistością, jedyny w swoim rodzaju, niekonwencjonalny, niebanalny i jeszcze kilka trochę wyrafinowanych słów z przedrostkiem “nie”. Pisanie o nich “typowy przedstawiciel” francuskiego electro-house’u w konkursie niedorzeczności mogłoby kandydować tylko ze stwierdzeniem, że Milan w tym roku pokona Inter, bowiem to właśnie Daft Punk był prekursorem pewnego stylu, na którym w przyszłości wzorować będą się zespoły takie jak Justice czy trochę mniej – (o dziwo włoski, co stawia w złym świetle pierwszy akapit, ale wolno mi – wciąż jestem pijany) The Bloody Beetroots oraz dziesiątki mniejszych wykonawców.

Są cycki jest lubię to ((c) nieoceniony czytelnik Tomek O.)

Chłopaki mają swój styl i trzymają się go wiernie, zresztą trudno się z tym sprzeczać kiedy wciąż rozmawiamy o kolesiach, którzy w czterdziestostopniowym upale wychodzą na scenę w metalowych kaskach. Ale styl to także fakt, iż nowe płyty ukazują się rzadko, a jeszcze rzadziej Daft Punk wychodzi ze studia. W zasadzie… poza specjalnymi okazjami, jak na przykład rozdanie nagrody Grammy, gdzie na ich tle Kanye West – idol milionów nastolatek – zaczyna wyglądać jak prawdziwie miętka faja (dla niecierpliwych – PRAWDZIWY OGIEŃ OD 02:40) studio opuszczają tylko na imprezę zwaną Alive.

YouTube Preview Image

Drugi studyjny album DP – Discovery (swoją drogą chyba jeszcze lepszy od zajebistego przecież Homework) w 2003 roku został wydany także w postaci… filmu animowanego. Interstella 5555 to ponad godzinna fabularna podróż. Niestety w konwencji anime, a jak przystało na porządnego heteroseksualnego mężczyznę z anime uznaję tylko Dragon Ball Z, ale tym razem za spójność i wykonanie nawet ode mnie należą się gigantyczne propsy (nie przeginam troszeczkę z tym językiem ludzi ulicy, nie przeginam?)

YouTube Preview Image

Największą niesamowitością jest jednak wspomniany Daft Punk Alive czyli gigantyczne wydarzenie w świecie muzyki, które jest tak zajebiste, że nawet te wszystkie wyciągnięte twarze z konkursów chopinowskich z wypiekami na twarzy pół roku przed terminem bukują bilety. Co więcej – jeśli wierzyć Bangalterowi, edycja 2011 (pierwsza od czterech lat) już się zbliża – ja w to wchodzę! Widzimy się tam!

Chłopaki rozstawiają gigantyczną scenę, masę świateł, bilety sprzedają z miesięcznym wyprzedzeniem za gruby hajs, a następnie zaczynają szoł. Laski rzucają stanikami, ale muzyka jest tak doskonała, że stojących obok kolesi zupełnie to nie rusza. Wszystko co wydali do tej pory miksują jak leci i jak popadnie, czasem nawet po sześć piosenek w jedno. To przeżycie jakby słuchać utworów Piotra Rubika w zupełnie nowej aranżacji. No, z tą różnicą, że zamiast Piotra Rubika jest Daft Punk. Ogień!!!

YouTube Preview Image

Był to pierwszy odcinek mojego autorskiego kącika kulturalnego. Przynajmniej raz w miesiącu szykujcie się na porcję ociekających zajebistością rzeczy – tych starszych i nowszych, które warto i trzeba propagować.  Tak żeby muzycy/aktorzy/scenarzyści, jak nie dziś, to za pół roku z dumą chodzili po Hollywoodzie w koszulkach “byłem na Croppie“. Pajęczy zmysł, który nigdy się nie myli, podpowiada mi, że tak właśnie będzie, a tymczasem… Let’s all do the daft!


Engine