Mroczna gra Pokemon Black Edition, od której wariowali gracze?

Historia, którą dziś wam opowiem jest tak mroczna, że mam ciarki nawet kiedy piszę te słowa. Paradoksalnie jednak zaczęła się niewinnie od gameboy’owej gry o Pokemonach. Sami zapewne graliście w jedną z nich – Blue, Red, Yellow. Okazuje się, że istniała jeszcze jedna wersja kolorystyczna o rzekomo katastrofalnych skutkach.
Przenieśmy się jednak najpierw głęboko w lata dziewięćdziesiąte. Jeden z pasjonatów gameboy’a, Pokemonów i związanych z nimi gier opowiedział, że na jednym z targowisk dostrzegł egzemplarz kartridża, którego nie tylko nie miał w swojej kolekcji, ale też nigdy wcześniej o nim nie słyszał. Wiecie jak jest – wyprzedaż rupieci na jakimś targowisku w Stanach, jak to na filmach fabularnych często się pokazuje, a wśród nich zakurzona gra, unikat, rarytas. I to za grosze. Znaczy się – centy.
Chłopak od razu kupił kartridż, zaintrygowało go zresztą to, że miał on czarny kolor. Choć przerabianie gier o Pokemonach u amerykańskich nerdów stało na porządku dziennym, to jednak przeważnie modyfikacje te były powszechnie znane i raczej nieinwazyjne – Bulbazaur miał jakieś tam dodatkowe ataki, a Profesor Oak w wersji dla zboczków nazywał się “stoi jak brzoza”. Ten egzemplarz był jednak inny, niepokojący.

Historię znamy stąd, że lata po fakcie ów amerykański gracz opisał ją na forum dyskusyjnym w sieci. Od razu po powrocie do domu odpalił grę w jednym ze swoich gameboy’ów, a jego oczom ukazał się napis “Pokemon Red”. Przez moment był nawet rozczarowany, że kupił fafnasty egzemplarz tej samej gry do swojej kolekcji, ale kilka chwil później na ekranie pojawił się kolejny, złowieszczy napis “Black Edition”.
Pierwsze różnice w stosunku do tradycyjnego wydania Red mogliśmy zaobserwować już przy wyborze naszego pierwszego Pokemona. Tam, gdzie zawsze był Bulbazaur (obok Squirtle’a i Charizarda) znajdował się tajemniczy Pokemon Ghost. Ghost miał tylko jeden atak o nazwie “Curse”. W trakcie walki z innymi trenerami Ghost nie mógł otrzymać ani jednego obrażenia, gdyż gra zawsze wyświetlała komunikat “Pokemon przeciwnika boi się zaatakować”. Sprawa przybierała nieprzyjemny obrót, gdy decydowaliśmy się na rzucenie klątwy.
Ekran gasł w nietypowy dla gameboy’a sposób, a o tym, że konsolka jest włączona informowała nas tylko muzyka – grobowa i przerażająca, z całą pewnością nie stworzona przez pierwotnych twórców gry. Po kilkunastu sekundach ekran jaśniał, Pokemona przeciwnika nie było na ekranie, co więcej – nie było go też na liście posiadanych przez rywala pokeballi (docelowo gra przekreślała pokonane stworki jako niezdolne do walki aż do czasu uleczenia w pobliskim szpitalu). Wiele wskazywało na to, że przeklęte Pokemony spotykało najgorsze…

Potem robiło się jeszcze gorzej – po wygranej walce i zainkasowaniu za zwycięstwo gotówki, pojawiała się opcja “wyjścia” lub “klątwy”. Jeśli wybraliśmy tę drugą, trener, z którym walczyliśmy znikał z mapy. Gdy ponownie odwiedzaliśmy tę lokację, w tamtym miejscu pojawiał się nagrobek. W ten sposób bohater gry, a raczej jego Pokemon, mógł uśmiercić niemal każdego trenera w grze, z wyjątkiem postaci fabularnych (np. Gary’ego, wnuka profesora Oaka) – ale i te wszystkie mogły ostatecznie polec przy ostatnim spotkaniu.
Po przejściu gry i zwycięstwie w Lidze Pokemon, w przeciwieństwie do standardowych edycji, gra się w tym miejscu nie kończyła. Ekran ciemniał, a po chwili pojawiał się napis “wiele lat później”. Akcja przenosiła się do Lavender Town, słynnego miasta duchów. Główny bohater mocno posunął się w wieku, a – co dziwne i teoretycznie niemożliwe – w jego podręcznym bagażu nie znajdował się ani jeden Pokemon. Szybko też zdawaliśmy sobie sprawę, że świat jest opustoszały i nie ma w nim żywej duszy! Podróżom towarzyszyła jedynie nieznośna, zapętlona i przyspieszająca muzyka będąca motywem przewodnim miasta, tym razem rozciągnięta na cały świat! Amerykańscy gracze skarżyli się na internetowych forach, że niektórzy różnie znosili jej słuchanie, zdarzały się nawet przypadki samobójstw. Zamieszczam ją poniżej, ale odpalacie na własną odpowiedzialność!
Świat stał przed nami otworem, a bohater mógł eksplorować go bez ograniczeń. Świat był bezpieczny, ponieważ nie było na nim już ani jednego człowieka, ani jednego Pokemona, pozostały jedynie nagrobki po pokonanych trenerach. Kiedy jednak powracaliśmy do miasta, w którym zaczynaliśmy rozgrywkę, po wejściu do rodzinnego domu naszym oczom ukazywał się czarny ekran, rozjaśnienie, a następnie duchy wszystkich – czasem kilkuset – pokemonów, na których użyliśmy Klątwy. Na samym końcu tej listy czekał Ghost. Tym razem jednak nie był posłuszny, ekran po raz kolejny wchodził w tryb walki z napisem “Ghost wants to fight”.
Jako człowiek jedynym atakiem jaki mieliśmy do dyspozycji było “uderzenie”. Nie mogliśmy uciec, nie mogliśmy się leczyć. Nasze ciosy nie robiły większego wrażenia na Ghoscie, który ostatecznie użył zdolności “klątwy”. W tym momencie ekran ciemniał, a Gameboy się wyłączał. Po ponownym włączeniu konsoli nie można było wczytać gry – jedyną dostępną opcją było “new game”.
Nawet jeśli historia o Black Edition jest nieprawdziwa, to ktoś włożył wiele trudu w jej wymyślenie. Lata później fani gry stworzyli własną modyfikację właśnie na bazie tej historii. Tym razem jednak nikt już nie słyszał, by podobnie jak z posiadaczami czarnego kartridża “było z nimi coś nie tak”.
















Ładowanie