Dzień dobry, Robaczki! Jestem Doktor Paj-Chi-Wo. Przyjechałem do Was z dalekiego kraju, żeby poopowiadać Wam trochę bajek. Dziś porozmawiamy sobie o jedzonku i napitkach, czyli sprawach zupełnie oczywistych, dotyczących każdego człeka, bez których nasze życie codzienne nie mogło by się obejść.
Trwa zima. A w zimie, wiadomo, mróz szczypie w dupę. A jak jest zimno, to każdy Chińczyk, z prawdziwego zdarzenia, za jakiego się podaję, pije co? Tak, zgadliście. Herbatkę! Zacznijmy zatem od tego złotego napoju…
Herbatka dobra jest na wszystko. Adaś w telewizyjnej reklamie proponuje odmianę, która rozgrzewa po nartach. Bardzo ładna scenografia, jak z pocztówki z Karpacza w ’84 plus nieśmiertelny wąsik robią całą robotę. Ulegliście już tej magii?
Ja oszalałem na punkcie tego napoju! Piję go właściwie cały czas. Kiedy pada deszcz i kiedy jest słota, kiedy jest mi źle i kiedy mam stresa, kiedy czuje się niewyraźnie i kiedy mam doła, kiedy marzną mi dłonie i nie mogę dogrzać stóp, kiedy boli mnie kark i kiedy nie chce mi się spać, kiedy się nudzę i kiedy chce mi się pić… To piję herbatkę, która rozgrzewa po nartach. Ołi je! Czarowi tego niezwykłego napitku uległ też pewien konsument, który po obejrzeniu reklamy na youtubie nie omieszkał skomentować spotu tymi oto słowami:
jestem pracownikiem fermy drobiu – czy tekane rozgrzeje mnie po jajkach?
Przyszedł czas na przekąskę. Pisanie postu na blogu męczy. Dobrze coś zjeść w przerwie. A kiedy chce nam się jeść - wiadomo – jemy rybę. “A czy myślisz, że gdyby Neptun miał syna, to nazwałby go Neptuńczyk?” – zapytała mnie koleżanka z biurka na przeciwko. Na pewno nie (!) widzieliście… bardziej żenującej reklamy. Oto ona:
Rybka to jednak za mało. Do rozgrzewającej herbatki dobrze pasuje twaróg od lokalnego producenta. Ponoć nikt od niego jeszcze nie umarł. Gdyby jednak zdarzyło Ci się np. zemdleć, nie bój nic, seksowna Pielęgniara przybędzie z odsieczą. Wbije Ci igłę w pupę, zrobi zastrzyk albo sztuczne oddychanie i krążenie wróci Ci w żyłach, spokojna głowa! Najważniejsze, że ten twaróg nie zabija. Można go jeść zatem bez obaw, że nie wykupiliśmy jeszcze miejsca na cmentarzu, że nie stać nas na trumnę, lub że nie napisaliśmy jeszcze testamentu. Dobrze, że lokalny producent czuwa!

A jeśli nabiał wam nie wchodzi i wolicie kawał soczystego mięsiwa, nic się nie martwcie. Zaraz na stół wjedzie ociekający tłuszczem boczek. Wart Zachodu. O taaaak! Spójrzcie tylko na ten krajobraz! Czy nie czujecie się, jak w krainie Marlboro? Tylko, gdzie jest “cowboy”? Może zapadł się w słoninę? W każdym razie, z takim boczkiem lipy nie ma. Najeść się można do syta. I oko nacieszyć. Bo taki widok zdarza się przecież nie często.

Pojedli, popili? Wspaniale. Życie jednak nie jest sprawiedliwe, po przyjemnościach przychodzi cierpienie i obowiązki. Znacie to uczucie? Czasem się odbije, czasem brzuch się wzdyma. Ale to jeszcze nic. Gorzej, jak się pojawi zgaga. Pieczenie w przełyku. Nadprodukcja kwasu żołądkowego. Babcia zawsze mi mówiła: “Na zgagę, najlepsze jest mleko!” A jeśli to mleko, które poleca Ewa Minge, to zgaga mija, jak ręką odjął. Szast, prast i po kłopocie. Proszę bardzo, zobaczie jakie subtelne opakowanie. Ewa to wszak kobieta Renesansu. Umie zaprojektować wszystko. No… prawie wszystko. Bo w dalszym ciągu nie umie zaprojektować nic dobrego.
Najgorzej jednak, jeśli po zgadze pojawi się zaparcie, albo nie daj boże, hemoroidy. Wtedy potrzebny będzie lek. Najlepszy i najskuteczniejszy. Fachowiec od tyłu.

Ale to już temat na zupełnie innego posta. Tymczasem żegnam was wylewnie i gorąco. Do zobaczenia w niedalekiej przyszłości, Robaczki!
Wasz Doktor Paj-Chi-Wo.