Moda vs. gastronomia

23 kwietnia 2012 |  Holz 
Kategoria: Bez kategorii

Tego posta w całości poświęcam temu, jak nierozerwalnie branża modowa połączona jest z gastronomią. Mam zamiar udowodnić, że najmocniejsze wiosenne trendy są wyraźnie zainspirowane żarciem. I dodam, że ten sezon nie jest w ogóle wyjątkowy pod tym względem. Tak jest od zawsze.

W celu zapoznania się z modowymi trendami powinienem spędzić godziny w Empiku w dziale prasy dla kobiet. Zaprzyjaźnione modowe bloggerki zdradziły mi jednak, że lepiej wejść po prostu na stronę style.com. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, bo mogę być na bieżąco z nowinkami w modzie bez wychodzenia z fotela (soooo cool!).

Już pierwsze zdjęcia, które widzę na stronie, udowadniają, że totalnie mam rację odnośnie symbiozy między modą a jedzeniem. Przejdę zatem do głównej analizy + pomogę Wam rozgryźć (dosłownie) każdy trend.

1. Jason Wu  jak truskawkowy milkshake

Na pierwszy ogień serwuję coś prosto z lodziarni. Jason Wu, projektując swoją wiosenną kolekcję, z całą pewnością inspirował się zimnymi deserami. Look na zdjęciu jest odzwierciedleniem truskawkowego shake’a (tyle że na sylwetce modelki). Zwróćcie uwagę na to, że nawet usteczka dziewczyny z wybiegu wyglądają zupełnie jak wisienka na szejku. Jeżeli więc chcecie być modni tej wiosny, totalnie przebierajcie się za deserowe klasyki amerykańskich dinerów.

2. Gareth Pugh jak miętusy

Nasza dziewczyna Magdalena Frąckowiak pomykała na pokazie Garetha Pugh ubrana jak smakołyk ze sklepu z cukierkami. Biało-czarne paski na całej sylwetce dość jednoznacznie kojarzą się z klasycznymi miętusami. Oznacza to, że przygotowując swoje outfity na piknik albo na randki o zachodzie słońca totalnie powinniście pamiętać o ŚWIEŻOŚCI. Warto swoimi stylizacjami nawiązywać do gumy do życia lub miętowych cukierków.

3. Alexander McQueen jak wyciśnięta pomarańcza

Projektanci z domu mody Alexander McQueen nigdy nie idą na łatwiznę. W tym sezonie proponują nam gastronomiczną destrukcję w postaci sukienek przypominających wyciśnięte pomarańcze. A co za tym idzie – aby być w trendach, powinniście wyglądać na zmaltretowanych, zniszczonych i zmiażdżonych (patrzcie: styl Ke$hy).

4. Louis Vuitton jak kruche z cukrem

Kto by pomyślał, że tak poważna marka jak Louis Vuitton pokusi się o inspirację PRL-owskimi posiadówami u Wujka Rysia i klasycznym poczęstunkiem na te okazje, czyli… kruchymi ciastkami z cukrem.  Wszystkie ważne modowe persony zachwycają się innowacyjnymi wycięciami w najnowszych kreacjach – jednak my, Polacy, kumamy, o co chodzi. Jeżeli chcecie kultywować ten trend, musicie zmienić styl na ten przypominający domówki sprzed 30 lat. Plus nie zapomnijcie o obowiązkowych akcentach nawiązujących do kruchych!

5. Versus jak lody Zapp

Versus poszedł w tym sezonie w psychodeliczne wzory. Osoby, które nie są koneserami lodów Algidy, mogą podejrzewać, że printy te są zainspirowane narkotycznymi wizjami projektantów. Prawda jednak jest taka, że nadruk na spódnicy widocznej na zdjęciu jest totalną zrzyną z wzorków typowych dla lodów Zapp. W tym sezonie wszyscy fashioniści powinni przywdziać printy kojarzące się z najntisowymi hitami chłodziarskimi.

6. Dolce & Gabbana jak papryczki jalapeno

W przypadku Dolce & Gabbana gastronomiczne inspiracje widoczne są już na pierwszy rzut oka. Bo nie można chyba łatwiej nawiązać do ulubionych warzyw niż po prostu nadrukować je na ubraniach. Nie oglądałem całej kolekcji (bo kto ma na to czas), ale oprócz papryczek jalapeno wyłapałem też print w pomidory. Jak to nosić? Odpowiedź jest bardzo prosta – outfit ma jak najbardziej przypominać sok wielowarzywny! Ale suchar…

7. Marchesa jak szczotka do mycia butelek

Powiecie pewnie, że szczotka do mycia butelek nie jest bezpośrednio związana z jedzeniem. Z gastronomią jednak ma bardzo wiele wspólnego (trzeba czymś myć butelki w tych wszystkich knajpach)! Dlatego właśnie postanowiłem uwzględnić w tej wyliczance również nawiązanie do kuchennego sprzętu. Złota kiecka wyglądająca jak szczota jest częścią kolekcji domu mody Marchesa. Wniosek? Na wieczorne wyjścia przebierajcie się za myjki lub inne połyskujące gadżety do zmywania.

8. Thierry Mugler jak sos musztardowy

Dlaczego sos musztardowy, a nie po prostu musztarda? Otóż dlatego, że outfit modelki na pokazie Thierry’ego Muglera wyglądał tak, jakby z niej… spływał. Pomyślałem więc, że musi to być nawiązanie do sałatkowego dressingu. Ubieranie się od stóp do głów w kolory kojarzące się z gulaszami lub sosami jest najwidoczniej bardzo hot tej wiosny. Sam nie wiem…

Podsumowanie jest takie, że w tym sezonie dla każdego będzie coś dobrego. Niezależnie od tego, czy wolicie piekielnie ostre potrawy, czy jesteście wielbicielami deserów lodowych, i tak macie szanse być w trendach. Pewnym zaskoczeniem dla fashionistów może być moda na gulaszopodobne sosy czy akcesoria kuchenne, ale przecież co sezon pojawia się coś nowego, nie?


W miastach na całym świecie słychać tajemnicze dźwięki

19 kwietnia 2012 |  Kuba 
Kategoria: Wyszperane

Nie, nie, nie, nie chodzi o odgłosy ruchu ulicznego, karetek czy nawet koncerty Justina Biebera. Sprawa jest zdecydowanie bardziej tajemnicza i delikatnie niepokojąca. Oczywiście dla takiego luzaka jak  ja, to tylko nurtująca kwestia pomiędzy lampką Cherry Coke, a Jacka, ale fani spiskowych teorii są w siódmym niebie: nie wiedzą czy wojsko testuje bronie, atakują nas kosmici, brzmią apokaliptyczne trąby, z oceanu wynurza się Cthulu, a może po prostu Ziemia lada moment rozpadnie się na kawałki.

Żebyśmy jednak mieli o czym rozmawiać. Na początek krótki materiał podglądowy. Będzie ich wiele, po prostu chciałbym wprowadzić was w nastrój. Z Kijowa właśnie pochodzi jedno z najbardziej znanych nagrań, gdzie w całym mieście i okolicy przez długi czas niósł się niepokojący, metaliczny odgłos. Posłuchajcie!

YouTube Preview Image

Internet, jak to internet, kiedy filmik trafił do sieci, stworzył od razu co najmniej setkę teorii spiskowych z ożywionym Józefem Stalinem na czele. Nie pomagały nawet tłumaczenia mieszkańców stolicy Ukrainy, że są to odgłosy intensywnie budowanego metra. Internauci może i nawet by w to tłumaczenie uwierzyli, gdyby nie fakt, że równie niepokojące dźwięki już od kilku miesięcy słychać w zasadzie na całej kuli ziemskiej.

Nie wiadomo skąd biorą się te odgłosy, cechuje je także dość niecodzienna częstotliwość, przez co znalezienie ich źródła za pomocą powszechnie dostępnych technologii nie jest możliwe. Jak w przypadku wszystkich tego typu zjawisk, ludzie są zaniepokojeni. Argument o wojsku testującym nowe technologie obala fakt, iż dźwięki słyszano już na całym świecie, często w regionach zupełnie względem siebie niesojuszniczych: Rosji, USA, Polsce, Czechach, RPA, Izraelu, Chile, Japonii i wielu, wielu innych.

YouTube Preview Image

Naukowcom brakuje jednoznacznego stanowiska na temat tajemniczych dźwięków. Jedna z teorii głosi, że to, co słyszymy to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Ledwie ułamek hałasu, który jest słyszalny dla ludzkiego ucha. Nie są to jednak odgłosy, które powinny niepokoić. Powstają w atmosferze, mogą stanowić efekt uboczny różnych reakcji geologicznych jak trzęsienia ziemi czy wybuchy wulkanów. Teoria to o tyle niepewna, że tak naprawdę nie podparta żadnymi faktami. Nawet sam uczony chwilę potem prezentuje zupełnie inne prawdopodobne przyczyny – rozbłyski niezwykle aktywnego ostatnio słońca. A potem pojawia się teoria numer trzy – przebiegunowanie Ziemi. Innymi słowy – mamy trzy teorie, z których nic nie wynika.

Naukowcy nie mają pojęcia, za to miłośnicy spiskowych teorii prześcigają się w pomysłach. Najfajniejszą ideą jest cytowanie Apokalipsy wg Św. Jana, zgodnie z którą koniec świata zwiastować ma “A siedmiu aniołów, mających siedem trąb, przygotowało się, aby zatrąbić.”. W tym kontekście zbliżający się grudzień 2012 nabiera zupełnie nowego wymiaru, teraz tylko wypatrywać czterech brzydali na niekoniecznie twarzowych koniach.

YouTube Preview Image

Miłośnicy spiskowych teorii wiedzą jednak, że odwoływanie się do Apokalipsy jest zbyt proste, by było prawdziwe. Dlatego też ich głównym pewnikiem jest mimo wszystko wojsko i… NASA. A konkretnie chodzi o projekty o nazwie HAARP oraz Blue Beam, nad którymi prace trwają już od wielu lat.

Okazuje się, że niepokojące dźwięki, które słyszymy na całym świecie mogą być końcową fazą testowania powyższych projektów. To szczególna broń, która nie zabija, ani nie niszczy miast, pozwala natomiast w kontrolowaniu ludzkich uczuć i emocji, między innymi poprzez wyświetlanie na niebie gigantycznych obrazów atakujących podświadomość. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale internauci są przekonani, że Amerykański szczególnie rząd marzy o tym, by nas zniewolić i kontrolować poczynania.

Ostatnia z teorii odnosi się do tak zwanych Humów czy raczej “The Hum”, bo polskiej nazwy to zjawisko (przynajmniej oficjalnie) się nie doczekało. Tym razem chodzi o niepokojące dźwięki, które są słyszalne od lat w kilku miejscach na Ziemi. Co ciekawe – słyszą je tylko wybrani ludzie, dla których na dodatek zjawisko to robi się na tyle uciążliwe, że prędzej czy później albo wariują, albo zmieniają miejsce zamieszkania. Pojedyncze Humy mają jednak swoje określone nazwy i choć nie wiadomo co je powoduje – stały charakter skłania się ku czynnikom geologicznym lub meteorologicznym.

Ponieważ kwestia tajemniczych dźwięków zrobiła się dość popularna, wielu żartownisiów robi fałszywe nagrania. Przez długi czas podejrzewano też, że wszystko to stanowi kampanię promocyjną gry komputerowej Mass Effect 3 (nie stanowiło). Wiele nagrań słyszano jednak na żywo przy masowej publice (jak to poniżej), w związku z czym zjawisko niepokoi, dziwi i zmusza internautów do wzmożonego poszukiwania odpowiedzi – skąd pochodzą tajemnicze dźwięki.

YouTube Preview Image

Jak przeżyć lany poniedziałek?

8 kwietnia 2012 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe


Jutro lany poniedziałek, czyli ten dzień w roku, kiedy wszyscy wkurzają się gdy trochę ochlapiesz ich wodą, ale są wniebowzięci wylewając na ciebie całe wiadro lodowatej cieczy. To jest wojna, a wojna nie zmienia się nigdy. Z moim poradnikiem przeżyjecie śmigusa dyngusa, a porady będą szczególnie przydatne jeśli wybieracie się jutro na Cropp Colour Fight 2012!

Oto dlaczego warto pojawić się na naszej jutrzejszej bitwie na farbę:

- Wbrew temu co mówi ta złośliwa konkurencja, co to weszła teraz do sklepów z kolekcją jakby ją projektowała Jolanta Rutowicz: to nie będzie bitwa na śnieżki!

- Dla niektórych będzie to jedyna okazja, by stanęła przed nimi naprawdę mokra laska

- Na dodatek dzięki rozwiniętej formule będzie ona rozgrzana do czerwoności

- A jak dobrze się postaramy to koledzy, których ze sobą zabierzemy zzielenieją z zazdrości

- Farba będzie za darmo, więc jak planujecie remont, to też zapraszamy

- Miejsce akcji: Stocznia Gdańska – poczuj się jak Lech Wałęsa!

- Możesz zabrać ze sobą swoją byłą dziewczynę, jako że walka opiera się na zasadach chłopaki vs dziewczyny, a nie wszystko sobie jeszcze wyjaśniliście – to oczyści atmosferę!

- A jeśli jesteś dziewczyną, możesz poznać miłość swojego życia – pokocha cię szczerze za to kim jesteś, bo gorzej niż pod koniec bitwy już wyglądać nie będziesz

- Co więcej, w tłumie walczących (incognito) znajdę się również ja, więc będzie to doskonała okazja by przyłożyć mi prosto w twarz farbą przez wszystkie te osoby, które nie zawsze zgadzają się z moimi poglądami (cyt. “chuja tam się znasz, Michał Szpak powinien wygrać X-Factor”)

- będziemy rozdawali gadżety, koszulki i inne duperele (ale czymże to jest w obliczu możliwości przywalenia głosowi marki Cropp farbą?!)

A oto kilka porad napisanych na bazie lat moich (bolesnych) doświadczeń, która się przyda jutrzejszym kolorowym, jak i tradycjonalistom:

- woda powinna być letnia, ostatecznie lodowata – polewanie kogoś wrzątkiem nie jest KUR** zabawne!!!

- mówienie dziecku na podwórku, że zaraz wsadzisz mu ten pistolecik w dupę nie jest szczególnie wskazane, jeśli jego ojciec stoi obok, ćwiczy MMA i ma 2 na 2 metry kwadratowe

- mówienie dziecku na podwórku, że zaraz wsadzisz mu ten pistolecik w dupę nie jest społecznie akceptowalne, gdy wyglądasz jak Roman Polański

- nigdy nie oblewaj wodą swojej starszej siostry, nigdy

- bieganie po podwórku z wielkim shotgunem pełnym wody z dwoma dodatkowymi zbiornikami NIE JEST niemęskie, niezależnie od tego czy masz 10, 20 czy 30 lat

- rzucanie balonami z wodą z 10 pietra naprawdę może kogoś zabić i można iść za to do więzienia i potem przez lata pod więziennym prysznicem codziennie czuć się jakby zupełnie od nowa oglądało się Pianistę, jeśli wiecie co mam na myśli

- jeśli ktoś polewa cię wodą nie stój zdziwiony, tylko polewaj go bardziej


- jeśli nie masz przy sobie niczego plastikowego co wydala z siebie wodę, a jesteś facetem, pamiętaj że na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone

- podskakiwanie i radosne śpiewanie “śmigus dyngus, śmigus dyngus” na melodię mięsnego jeża wcale nie sprawia, że wyglądasz groźniej

- celuj w oczy

- jeśli polewasz swoją ładną koleżankę celuj mniej więcej 30 cm powyżej jej dużych niebieskich oczu

- osoby, których lepiej nie polewać wodą niezależnie od sytuacji: teściowie, sąsiedzi, nauczyciele, Vladmir Putin, raz jeszcze i przede wszystkim – starsza siostra

Z tą garstką bezcennych porad nie tylko przeżyjesz, ale być może i wygrasz lany poniedziałek. Daj znać jak poszło!


Mroczna gra Pokemon Black Edition, od której wariowali gracze?

6 kwietnia 2012 |  Kuba 
Kategoria: Gry

Historia, którą dziś wam opowiem jest tak mroczna, że mam ciarki nawet kiedy piszę te słowa. Paradoksalnie jednak zaczęła się niewinnie od gameboy’owej gry o Pokemonach. Sami zapewne graliście w jedną z nich – Blue, Red, Yellow. Okazuje się, że istniała jeszcze jedna wersja kolorystyczna o rzekomo katastrofalnych skutkach.

Przenieśmy się jednak najpierw głęboko w lata dziewięćdziesiąte. Jeden z pasjonatów gameboy’a, Pokemonów i związanych z nimi gier opowiedział, że na jednym z targowisk dostrzegł egzemplarz kartridża, którego nie tylko nie miał w swojej kolekcji, ale też nigdy wcześniej o nim nie słyszał. Wiecie jak jest – wyprzedaż rupieci na jakimś targowisku w Stanach, jak to na filmach fabularnych często się pokazuje, a wśród nich zakurzona gra, unikat, rarytas. I to za grosze. Znaczy się – centy.

Chłopak od razu kupił kartridż, zaintrygowało go zresztą to, że miał on czarny kolor. Choć przerabianie gier o Pokemonach u amerykańskich nerdów stało na porządku dziennym, to jednak przeważnie modyfikacje te były powszechnie znane i raczej nieinwazyjne – Bulbazaur miał jakieś tam dodatkowe ataki, a Profesor Oak w wersji dla zboczków nazywał się “stoi jak brzoza”. Ten egzemplarz był jednak inny, niepokojący.

Historię znamy stąd, że lata po fakcie ów amerykański gracz opisał ją na forum dyskusyjnym w sieci. Od razu po powrocie do domu odpalił grę w jednym ze swoich gameboy’ów, a jego oczom ukazał się napis “Pokemon Red”. Przez moment był nawet rozczarowany, że kupił fafnasty egzemplarz tej samej gry do swojej kolekcji, ale kilka chwil później na ekranie pojawił się kolejny, złowieszczy napis “Black Edition”.

Pierwsze różnice w stosunku do tradycyjnego wydania Red mogliśmy zaobserwować już przy wyborze naszego pierwszego Pokemona. Tam, gdzie zawsze był Bulbazaur (obok Squirtle’a i Charizarda) znajdował się tajemniczy Pokemon Ghost. Ghost miał tylko jeden atak o nazwie “Curse”. W trakcie walki z innymi trenerami Ghost nie mógł otrzymać ani jednego obrażenia, gdyż gra zawsze wyświetlała komunikat “Pokemon przeciwnika boi się zaatakować”. Sprawa przybierała nieprzyjemny obrót, gdy decydowaliśmy się na rzucenie klątwy.

Ekran gasł w nietypowy dla gameboy’a sposób, a o tym, że konsolka jest włączona informowała nas tylko muzyka – grobowa i przerażająca, z całą pewnością nie stworzona przez pierwotnych twórców gry. Po kilkunastu sekundach ekran jaśniał, Pokemona przeciwnika nie było na ekranie, co więcej – nie było go też na liście posiadanych przez rywala pokeballi (docelowo gra przekreślała pokonane stworki jako niezdolne do walki aż do czasu uleczenia w pobliskim szpitalu). Wiele wskazywało na to, że przeklęte Pokemony spotykało najgorsze…

Potem robiło się jeszcze gorzej – po wygranej walce i zainkasowaniu za zwycięstwo gotówki, pojawiała się opcja “wyjścia” lub “klątwy”. Jeśli wybraliśmy tę drugą, trener, z którym walczyliśmy znikał z mapy. Gdy ponownie odwiedzaliśmy tę lokację, w tamtym miejscu pojawiał się nagrobek. W ten sposób bohater gry, a raczej jego Pokemon, mógł uśmiercić niemal każdego trenera w grze, z wyjątkiem postaci fabularnych (np. Gary’ego, wnuka profesora Oaka) – ale i te wszystkie mogły ostatecznie polec przy ostatnim spotkaniu.

Po przejściu gry i zwycięstwie w Lidze Pokemon, w przeciwieństwie do standardowych edycji, gra się w tym miejscu nie kończyła. Ekran ciemniał, a po chwili pojawiał się napis “wiele lat później”. Akcja przenosiła się do Lavender Town, słynnego miasta duchów. Główny bohater mocno posunął się w wieku, a – co dziwne i teoretycznie niemożliwe – w jego podręcznym bagażu nie znajdował się ani jeden Pokemon. Szybko też zdawaliśmy sobie sprawę, że świat jest opustoszały i nie ma w nim żywej duszy! Podróżom towarzyszyła jedynie nieznośna, zapętlona i przyspieszająca muzyka będąca motywem przewodnim miasta, tym razem rozciągnięta na cały świat! Amerykańscy gracze skarżyli się na internetowych forach, że niektórzy różnie znosili jej słuchanie, zdarzały się nawet przypadki samobójstw. Zamieszczam ją poniżej, ale odpalacie na własną odpowiedzialność!

YouTube Preview Image

Świat stał przed nami otworem, a bohater mógł eksplorować go bez ograniczeń. Świat był bezpieczny, ponieważ nie było na nim już ani jednego człowieka, ani jednego Pokemona, pozostały jedynie nagrobki po pokonanych trenerach. Kiedy jednak powracaliśmy do miasta, w którym zaczynaliśmy rozgrywkę, po wejściu do rodzinnego domu naszym oczom ukazywał się czarny ekran, rozjaśnienie, a następnie duchy wszystkich – czasem kilkuset – pokemonów, na których użyliśmy Klątwy. Na samym końcu tej listy czekał Ghost. Tym razem jednak nie był posłuszny, ekran po raz kolejny wchodził w tryb walki z napisem “Ghost wants to fight”.

Jako człowiek jedynym atakiem jaki mieliśmy do dyspozycji było “uderzenie”. Nie mogliśmy uciec, nie mogliśmy się leczyć. Nasze ciosy nie robiły większego wrażenia na Ghoscie, który ostatecznie użył zdolności “klątwy”. W tym momencie ekran ciemniał, a Gameboy się wyłączał. Po ponownym włączeniu konsoli nie można było wczytać gry – jedyną dostępną opcją było “new game”.

Nawet jeśli historia o Black Edition jest nieprawdziwa, to ktoś włożył wiele trudu w jej wymyślenie. Lata później fani gry stworzyli własną modyfikację właśnie na bazie tej historii. Tym razem jednak nikt już nie słyszał, by podobnie jak z posiadaczami czarnego kartridża “było z nimi coś nie tak”.


Woli i Tysio w niewoli

31 marca 2012 |  Holz 
Kategoria: Bez kategorii

NINIEJSZYM APELUJĘ O UWOLNIENIE DAWIDA WOLIŃSKIEGO ORAZ MARCINA TYSZKI

Obaj panowie od kilku miesięcy są więzieni przez nieznanych oprawców, którzy znęcają się nad nimi psychicznie oraz fizycznie. Tortury cielesne obejmują między innymi zmuszanie Bogu ducha winnych fashionistów do sprzątania odchodów hipopotama oraz intensywnej harówy w piekarni. Ale to nie wszystko! Obaj mężczyźni muszą radzić sobie też z przemocą psychiczną – ich upokorzenia są regularnie transmitowane w telewizji (hardcorowa trauma). Wymuszone kloaczne żarty Marcina i Dawida, wywołujące zażenowanie u telewidzów, to nic innego jak zakamuflowane wołanie o pomoc.

Fotograf i projektant mody zmuszani są przez porywaczy do kompromitujących czynności, które potem pokazywane są w telewizji

To, że Woli & Tysio są zmuszani do udziału w programie, widać gołym okiem. Obaj rzucają najgorszymi sucharami niewiarygodnie często i gęsto – aby zwrócić uwagę na to, że są zakładnikami. Sama formuła show też ogranicza się do jak największego upokorzenia dwóch gentlemanów, których reputacja była przecież (względnie) bez zarzutu… do momentu emisji pierwszego odcinka.

Niepokojące sygnały można było zauważyć już we wrześniu ubiegłego roku, kiedy to Woli & Tysio pojawili się na ekskluzywnym modowym evencie, ubrani w uniformy pracowników zoo. Na salonach zaczęło się mówić, że panowie przeszli na następny level bycia attention whores i że zdecydowali się na te odważne outfity tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę. Zgoda, trzeba było jednak poczekać kilka miesięcy na premierę ich “autorskiego show”, by zrozumieć, że to dziwne posunięcie nie wynikało z ich narcyzmu. Woli & Tysio chcieli w ten sposób poinformować świat o swojej niedoli i niewoli.

W przerwach między nagraniami Dawid i Marcin przetrzymywani są w bagażniku

Powiecie pewnie, że ściemniam, bo prawdziwi porywacze nie pozwoliliby swoim ofiarom na publiczne pokazywanie się, tylko trzymaliby je w piwnicy o chlebie i wodzie. Czy jednak nagłe, całkowite zniknięcie Dawida Wolińskiego i Marcina Tyszki z mediów nie byłoby najbardziej oczywistym sygnałem, że dzieje się z nimi coś złego? Oprawcy naszych fashionistów są sprytni – pozwalają im się pokazywać na salonach, mało tego, co tydzień przypominają o nich w telewizji. Oznacza to, że biedni chłopcy są nieustannie kontrolowani, ich rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane, a każde posunięcie obserwowane. Jedyne, co mogą zrobić bez narażania się porywaczom, to zapozować w śmierdzącym uniformie na czerwonym dywanie albo bardzo nieprzekonująco wypadać w programie (do udziału w którym, po raz kolejny powtórzę, Marcin i Dawid MUSZĄ być zmuszani) i liczyć na to, że ktoś w końcu domyśli się, że COŚ SIĘ DZIEJE.

Czy program "Woli & Tysio" jest upokarzającym elementem intrygi w stylu tej z filmu "The Game"?

Pamiętacie film “Gra” z Michaelem Douglasem, w którym główny bohater na własne życzenie wplątuje się w bardzo rozbudowaną intrygę i balansuje na granicy życia i śmierci? Taką możliwość również możemy rozpatrzyć w przypadku “Woli & Tysio” (jeśli sądzicie, że opcja z porwaniem jest mało wiarygodna). Marcin i Dawid są w końcu bogatymi ludźmi sukcesu – mają torby Louis Vuitton i ręczniki z Ritza. Być może ich dostatnie życie tak ich znudziło, że postanowili zafundować sobie dreszczyk emocji w postaci “gry” a’la ta ze wspomnianego wyżej filmu? Jeśli tak było, to sytuacja ewidentnie wymknęła się spod kontroli.

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z porwaniem, czy też z intrygą na własne życzenie, “Woli & Tysio” to kolejny przykład na to, jak okrutny i bezwzględny jest świat mody. Dawid i Marcin z pewnością mają wrogów – człowiek człowiekowi wilkiem (szczególnie w fashion businessie) – potencjalnych zleceniodawców porwania więc nie brakuje. Z drugiej strony, jeśli chłopcy chcieli się tylko zabawić w Michaela Douglasa, to ktoś ewidentnie to wykorzystał i zrobił z nich ofiary własnej gry.

Po obejrzeniu kilku minut programu wpadłem w depresję i teraz próbuję sobie jakoś wytłumaczyć to, co zobaczyłem.

Jeżeli czytacie tego posta i myślicie sobie “what the fuck”, to znaczy, że nie widzieliście programu, o którym piszę. Każdy, kto obejrzał choć kilka minut “Woli & Tysio” rozumie, że jest to traumatyczne doświadczenie, które wiąże się z wieloma nieprzespanymi nocami i powtarzaniem sobie w kółko jednego tylko pytania: DLACZEGO!? Ja naprawdę mam nadzieję, że Tyszka i Woliński zostali porwani i robią ten program wbrew sobie. Bo jeśli dwie osoby z takim dorobkiem, jak ich, z własnej woli postanawiają przewalać gówno w telewizji i serwować kiepskie suchary z ogromną częstotliwością, to ja pakuję walizki i wyjeżdżam do Nepalu. Enough is enough.


Engine