Wiem, że walenie smutów nie jest fajne, że nie wypada, że karnawał, a że sesja, że noworoczne postanowienia wymyślne niczym teksty Piotra Kupichy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: choćbyśmy okazami zdrowia byli najsilniejszymi, niczym Chuck Norris, prześlizgiwali się przez życie, nie dając się panującej epidemii grypy, byli młodzi, piękni i względnie zdrowi, kiedyś ten moment musi nastąpić: albo złamiemy sobie nogę, albo w śniegu po pas, będziemy musieli drałować do przychodni po L4, albo po prostu przyjdzie nam odwiedzić lekarza z sobie tylko znanych powodów (nie ukrywajmy; nie samymi klubami, imprezami, filmami i grami człowiek żyje).
Jeśli więc nosimy się z zamiarem pójścia do specjalisty i chcąc ustalić termin wizyty, udamy się do przychodni wraz z nadejściem Nowego Roku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziemy musieli na nią poczekać…do kolejnej zimy.
Z góry chciałabym zakomunikować, że zdaję sobie sprawę, że po przeczytaniu tej notki, z pewnością znajdą się amatorzy złotych życiowych porad w stylu: „nie podoba się, to won”, że być może poprą ich obieżyświaty, którzy ubóstwo krajów Trzeciego Świata znają co najwyżej z telewizji; uznają, że nie doceniam tego, co mam, że gdzie indziej jest gorzej, toczą się wojny, brakuje naturalnych zasobów wody pitnej, a ludzie umierają na ulicach… To wszystko wiemy, ale jedyne co możemy z tą wiedzą zrobić, to usiąść i zapłakać.
Jednak mój płacz, świadomość niesprawiedliwości oraz mocno odczuwane współczucie nie zmieni ani historii świata, ani dziejów ziemi, czy też losów wymierających foczek, a prawda jest taka, że jestem tu i teraz, i pomimo pojmowania istoty rzeczy (gdzie indziej jest gorzej), zdaję sobie także sprawę, że życie przeciętnego człowieka zamieszkującego okolicę Florydy, może wyglądać tak:
Ja jednak żyję w Polsce i moja rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie:
Kokolina w drodze na autobus, 07:30 rano, lipiec 2010
Chociaż auto ładne (i tak na kredyt).
07:25, 9 styczeń, jedna z katowickich przychodni
Wraz z grupą dziadków szturmuję tzw. okienko, nad którym na białej kartce zawisł markerem pisany napis: rejestracja. W bitwie o pierwsze miejsce przegrywam z babcią o lasce, z drugą babcią o włosach kolorze jasnego fioletu, z cieniem na powiekach, aż po łuk brwiowy, z dziadkiem który z rana wypił co najmniej litr nalewki czosnkowej i człowiekiem, któremu jak się potem okazało, pomyliło się okienko i ku mojej ucieszy, udało się zepsuć początek dnia paniom urzędującym, które wielce się zniesmaczyły pojemnikiem z brązową zawartością przyniesionym przez ów człowieka. Stoję. Dyskusja. Moje ulubione. Ci z przodu, że młodzi to zdrowi, że zdrowie na chorowanie mają, a że oni już starzy i zdrowia nie mają. Ci z tyłu zniecierpliwieni, dmuchają, chuchają, wzdychają, tupają, wyzywają, oczy ku niebu wznoszą, że duszno, że gorąco, że długo, że kto to widział. Ale stoję. Jak bohater czekam na swoją kolej. Nadchodzi!
Mówię o co mi chodzi, kobieta spogląda na mnie przerażona, zniesmaczona, z twarzą koloru tęczy. Przez chwilę przychodzi mi na myśl, że być może wyrosły mi z głowy czułki. – Słucham? – pyta mocno skrzywiona. – Chciałam się umówić do lekarza- powtarzam. Mina jej wciąż ta sama, jakbym powiedziała coś w stylu: – Dzień dobry, importowano mnie z Kambodży, mój brat jest Murzynem, czy mogę prosić dwa kilo sera? Co słyszę na moje raczej mało oryginalne jak na okienko w szpitalu, pytanie?
„Proszę przyjść w następnym roku, terminów brak!”
W tym miejscu wycięłam całkiem długi fragment tekstu nienadającego się do publikacji, okraszonego wyzwiskami i wulgaryzmami. Co oprócz absurdalnie długich kolejek, może nas pacjentów, spotkać w Polsce?
OCZEKIWANIE
Bez ściemy. Ilekroć tylko wybieram się do lekarza przyjmującego w przychodni, oddalonej od mojego domu choćby i 5 minut drogi, przeznaczam na to cały dzień. Co jak co, ale Polska to miejsce, gdzie czas pacjenta szanowany jest równie mocno, co jego zdrowie i on sam. Pół biedy z takimi kolejkami, gorzej jeśli w grę wchodzi czyjeś życie i każdy dzień jest na wagę złota (choć w tym przypadku ta metafora wydaje się nie na miejscu). Dajmy na to, jesteś ciężko chory i oczekujesz decyzji na rozpoczęcie leczenia, po kilku miesiącach (o ile wcześniej nie zeżre cię rak albo inne świństwo) okazuje się, że stan twojego zdrowia ci to uniemożliwia i jedyne co w tej sytuacji ci pozostaje, to w cieple domowego ogniska, w iście rodzinnej atmosferze, rozprawiać o kolorze trumny lub urny, a w najlepszym wypadku, rodzaju kół do wózka. Na który rzecz jasna będziesz zbierał kolejne 5 lat.
Jej się udało. Tobie też się uda!
No, ale już bez przesady. Nie za dużo byś chciał naraz?
LOGISTYKA
W momencie rozpoczęcia leczenia, okazuje się, że na jedne badania masz jechać do innej miejscowości, na drugie do innej przychodni, na trzecie do szpitala oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, po to, aby wrócić do tego samego lekarza z wynikami (to już będzie jakiś rok później), który będzie przyjmował już w innym miejscu, słuch o nim zaginął więc całe leczenie na nic i wszystko trzeba będzie zacząć raz jeszcze, począwszy od znalezienia dobrego specjalisty (jeśli przy tym akapicie się zgubiliście, dodam tak dla pocieszenia, że ja także). Przy okazji dowiesz się, że za jedne badania będziesz musiał ponieść opłatę w wysokości kilku tysięcy, przy czym za to samo, w innym mieście, będziesz mieć to całkowicie za darmo. Ostatecznie całą sytuację skwitujesz zobojętniałym machnięciem ręki i w asyście mocno zblazowanej miny, wszystko spointujesz jakże wnoszącym i kulturalnym okrzykiem „pierdolę!”. Od tej pory, zapytany o swoją emeryturę i troskę o przyszłość, z dumą będziesz chwalił się swoją nową dewizą życiową „lepiej żyć krótko i bojowo niż długo i chujowo”.
CZYSTOŚĆ
Toalety bez klamek i zamków, szyb w drzwiach, ba, drzwi samych, brak ciepłej wody, papieru toaletowego, mydła, czy też towaru luksusowego jakim jest lustro, to właściwie nic przy braku podstawowych zasad dotyczących utrzymania czystości i sterylności.
SPOKÓJ, ŁAD I PORZĄDEK
Ironia w tym miejscu będzie już mało zabawna. Jeśli na to liczysz, polecam prywatną opiekę medyczną, na którą decyduje się coraz więcej Polaków. Pytanie tylko: po co te składki?
TRAKTOWANIE PACJENTA
Czyli „rozbierze się”, „położy”. A pocałuje mnie w dupę. Nie czuję się księżniczką, ale kiedy ktoś, komu powierzam swoje życie, zwraca się do mnie w formie bezosobowej, czuję się niczym pozbawiona uczuć wyższych ameba, która nie ma ciała, a kawałek mięsa, nie ma uczuć, a co najwyżej kopertę (to temat na odrębną dyskusję). Co ciekawe, przytoczona sytuacja prawie nigdy nie zdarza się podczas wizyt prywatnych, hmm…
DIAGNOZA
Kolejny temat rzeka. „Taka pani uroda”, „przejdzie po porodzie”, „tak to już jest” to jedne z najbardziej lubianych diagnoz stawianych przez lekarzy. I jak to w świecie nauki; dwóch lekarzy głosi dwie odmienne, wzajemnie znoszące się diagnozy, pośrodku, których stoi biedny Kowalski.
Poza nauczycielami, nikt w życiu nie potraktuje cię jak debila równie mocno, jak polska służba zdrowia.
Z reguły nie jestem człowiekiem łatwowiernym, ulegającym magii i władzy mediów, wierzących w sztucznie rozbuchane afery, tak jednak widzę, że nie jest dobrze. Codziennie przytłaczają mnie informacje o strajkach aptek, zmianie refundacji leków, sposobie wypisu leku przez lekarza… Wszystko to zdaje się wymykać spod kontroli samych kontrolujących- NFZ, ministrów. I choć nie chcę siać defetyzmu, tak po cichu wydaje mi się, że jeszcze długo, długo polski pacjent w całym tym bałaganie, będzie elementem, który traci najwięcej.
Dlatego w Nowym Roku życzę Wam dużo zdrowia, kiss w sutki, kochani!