Wpisy w kategorii Po bandzie


Dziś artystą może być każdy

7 maja 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Wraz z mijającym Street Art Festiwalem w Katowicach, zastanawiam się co tak naprawdę zasługuje dziś na miano sztuki (czapki z głów moi mili, dziś będzie na poważnie, w końcu śmieszne filmiki na Youtube nie stanowią dla nas jedynej strawy dla duszy, mówiąc krótko: nie samym mięsnym jeżem żyje człowiek). Współczesna sztuka przyjęła zasadę, że artystą może być każdy…

Jak każdy, to każdy. Kokolina na szezlongu, autoportret 2011, Nowy Jork, Metropolita Museum of Art; wycinanka, kolaż.

Nie ma przecież na świecie człowieka, który nie potrafiłby stworzyć kawałka brązowej papki utopionej  w porcelanowej muszli. A przecież to już coś! Można by zwołać ludzi, porobić jakieś zaproszenia, nagłośnić sprawę medialnie i już byśmy mieli niezły performance: człowieka srającego publicznie.

Współczesna sztuka nie musi być estetyczna, nie musi wzbudzać zachwytu u odbiorcy. Przede wszystkim ma być jakaś, wskazane jest wręcz, aby szokowała, skłaniała do refleksji, odrażała. Przykładowo taka defekacja, do której dołączymy odpowiednią filozofię, może stać się źródłem katharsis, majestatycznego uniesienia. Cała misterna konstrukcja ideowa, cały koncept, w który autor zapakuje gówno, może sprawić, że stwierdzimy: „to jest całkiem dobre gówno, wchodzę w to”.

Skoro przywiązywanie psa do ściany i jego powolne konanie  z głodu na oczach widzów (kupujących bilety!) nazywa się „aktem artystycznym” to proponuję akcję flashmob wokół Pałacu Kultury: tym samym znów jako naród zasłyniemy czymś błyskotliwym w księdze rekordów Guinessa, tym razem największą ilością ludzi srających publicznie.

Nie naśmiewam się, próbuję jedynie odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończy się cienka granica, po której przekroczeniu stajemy się odhumanizowani, podczas gdy pierwotną naszą cechą bycia homo sapiens jest zdolność do tworzenia.

Koparka odziana w włóczkę. Pierwsza reakcja? Zdziwienie, uśmiech i pytanie: what the fuck?!

Czasy tworzenia wiekopomnych dzieł minęły, dziś liczy się pomysł, tworzy się na szybko, dużo i byle jak. Swoją drogą, aby coś zasłużyło na miano (arcy)dzieła, potrzebny jest czas, ale nie wydaje mi się, aby za kilkadziesiąt lat, to co robi się dziś, zostało mocno zapamiętane. Bo właściwie wszystko już było, każdy mówi  o tym samym, ale w inny sposób (dobra, trochę to spłycam, ale ręka do góry, jeśli ktoś nie zgadza się z tym, że sztuka i artyzm to pojęcia, które mocno się zdewaluowały).

Street Art Festiwal to genialna inicjatywa, bo przede wszystkim aktywizuje społecznie, takie imprezy są miastu potrzebne. Jeśli kilka lat temu graffiti było uznawane za akt wandalizmu, a dziś organizuje się z jego tworzenia warsztaty, na ścianach utalentowani ludzie malują murale, a władze miasta to popierają, to uważam to za duży krok naprzód.

Mural? Jesteśmy na TAK!

Współczesna sztuka to przede wszystkim wolność. Wolność wyrażania myśli, własnej ekspresji, możliwości interpretacji. Na szczęście koparka, do której się tak przyczepiłam, nie sprawi, że poczuję się oszukana jak chociażby w polskim kinie. Nie stanę na środku sali jak buc i nie zacznę krzyczeć domagając się zwrotu kasy za bilet. Mam możliwości wyboru. I zwyczajnie fajniej się żyje, mając tę możliwość.

A jeszcze fajniej, kiedy o swoim mieście nie można powiedzieć, że jest nudne, bo nic się w nim nie dzieje. A w Maju? Kolejne atrakcje, mnóstwo koncertów no i oczywiście Festiwal Filmów Kultowych, na którym także będziemy. Macie gwarancję, że na tej imprezie nie będzie Wam towarzyszyło wrażenie, że twórca ma Was za kretyna; nikt nie zrobi Was w trąbę, nie będzie urągał Waszemu intelektowi. Z współczesną sztuką mogłoby być podobnie.


O czym świadczy Twój opis na GG?

20 marca 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Twój opis na Gadu Gadu może świadczyć przede wszystkim o tym, że jesteś mało rozgarniętym noobem, ponieważ dziś nawet przedszkolak wie, że używanie tego komunikatora jest full lame (swoją drogą, czy Was też wkurzają zapożyczenia anglojęzyczne?). Podobna sytuacja ma miejsce  z przeglądarką Explorer: wszyscy z niej szydzą, choć ze świecą w ręku można by szukać tych, którzy wiedzą tak naprawdę czemu.

Ja także śmieję się z innych, podczas gdy moje opisy na gadu stanowią najczęściej linki do kawałków, które wydają mi  się być dobre.  Ale bądźmy szczerzy. Kogo to naprawdę obchodzi?
Tak samo jak z opowieściami o alkoholowych libacjach: drażnią nas, śmieszą, wzbudzają litość, ale jak przychodzi co do czego, sami wspominamy wczorajszą imprezę od słów “stary, ale się najeeeeeeeebaaaałeeem”. Doprawdy, czyn godny chwalenia, gratuluję i pozdrawiam. Bo tak naprawdę z kogo się śmiejemy, jeśli nie z nas samych? Ręka do góry, jeśli ktoś z Was, nigdy nie skompromitował się opisem:

:*:*:* KC

Jesteś zakochany. Zajebiście. Ale, czy trzeba tak od razu ostentacyjnie? Wsadzać język partnerowi w autobusie, ciągnąć faceta na zakupy, wystawać jak jełop ze zwiędniętym wiechciem na peronie, skreczować po szybie  i w końcu, ustawiać sobie tak obciachowe opisy? Szczytem żenady są te  ustawiane po rozstaniach, mające posłużyć  jako dowód naszej szybkiej serduszkowej rekonwalescencji. Wytłumaczcie mi, co tak fajnego jest w próbie przekonania ukochanego jeszcze wczoraj człowieka, że dziś mamy go centralnie w dupie, bo właśnie znaleźliśmy sobie plaster na nasze rany w postaci nowej miłości. Czegoś tu chyba nie rozumiem.

Z Misiaczkami w LoRneCcie. Będzie się działo!

Mam wrażenie, że ludzie ustawiający sobie takie opisy, tak rzadko wychodzą z domu, że ilekroć im się to zdarzy, czyn odnotowują jako godny pochwalenia. Później ci sami raczą nas jakimiś sześćdziesięcioma zdjęciami z owych imprez, które różnią się jedynie ilością sałatki warzywnej na stole.

Się działo!

Dodatkowo bardzo często posiadają na fejsie kilkanaście folderów tematycznych, które przedstawiają ich w tych samych ujęciach, w takich samych pozach, przy czym inny jest tylko kolor ich bluzki. No i rzecz jasna, ilość wypitego alkoholu: im więcej, tym lepiej. W tych kręgach, nie wiedzieć czemu, ludzie lubują się w fotografowaniu spożytych napojów wyskokowych:  wszystkie znalezione przez nich butelki i puszki koniecznie muszą znaleźć się na zdjęciu.

Było cudownie Skarbuniuuuu

Patrz punkt wyżej. Z tą różnicą, że w tym przypadku nie bierzemy pod uwagę wyjść  z domu, a jedynie ilość (s)ekscesów,  z którymi koniecznie autor opisu, chce się z nami podzielić. Nigdy nie wiem, jak mam się w takiej sytuacji zachować. Powinszować? Zaproponować jakiś lubrykant?

Życie jest jak róża z kolcami

A jeśli się narodziłeś, oznacza to, że kiedyś umrzesz. Łał. Głębia cytatów a’la Paulo Coelho jest niczym metafora “w pustej szklance pomarańczy” niejakiego Piotra K. Aforyzmy, złote sentencje i cytaty mogą stać się naszym mottem życiowym i właściwie, to bardzo fajne, pod warunkiem, że dowiadujemy się z nich czegoś więcej niż to, że życie jest trudne, a miłość choć ciężka,  piękna. Fakt, że cytujemy czyjeś słowa, samo przez się, nasuwa jakby myśl, że nie odkryliśmy Ameryki własnej, że przed nami byli inni, którzy  na to wpadli i naprawdę, trzeba pogodzić się z tym, że nasi znajomi najprawdopodobniej również zaliczają się do grona ludzi, którzy też to wiedzą.

Poważna lektura na otarcie łez

==> o

Ależ jesteś zabawny(.)(.) Twój doborowy żart zachwyca mnie, jestem pod wrażeniem, spadłam z krzesła, zadławiłam się śliną i turlam po podłodze.

Egipt 2012

No naprawdę, gdybyś mi nie napisał roku, to w ogóle bym się nie zorientowała jaki akurat mamy. Dlaczego ludzie chwalą się tylko wakacjami za granicą? A czy wieś u babci Zofii, nie zasługuje już na szacunek? Czy wyjazd do Zbrosławic, nie jest powodem do dumy? Czy tylko jadąc za granicę można czuć się lepszym? Fuck, przecież to żałosne.
PS Jeśli ktoś broni nadawcę tego komunikatu twierdząc, że ten chciał dać znak o swojej nieobecności, to ja się kurna pytam. Prościej się nie dało? Po prostu “poza zasięgiem”, “na wakacjach”, “jesteście lamusami, bo kiedy ja grzeję dupkę, wy wynosicie wodę z waszych zalanych domów”. Jeśli masz w sobie trochę wstydu- oszczędź sobie i innym przykrości. Być może w towarzystwie twoich znajomych są ludzie, których zwyczajnie nie stać na wakacje i, którym będzie głupio,  jeśli na zadane pytanie “gdzie byłeś na wakacjach”, nie będą Ci mieli co odpowiedzieć.

Ooo, sometimes I get a feeling

Znasz angielski. Zajebiście. Może by tak jednak do CV? Albo za granicę?

Popacz tam kfiat, a tam majonez

Masz poczucie humoru (albo chorobę psychiczną). Też fajnie.

Spoglądając na opisy niektórych znajomych z zakładki “stare”, zastanawiam się, czy cofnęli się w rozwoju, czy zawsze byli niespełna rozumu. Być może człowiek dojrzał, świat się zmienił, a oni utkwili gdzieś w przeszłości, nadal naiwnie wierząc, że świat kręci się wokół nich. Jakim trzeba być egocentrykiem, aby wierzyć, że nasz nic nie wnoszący, nie posiadający w sobie ani grama informacji opis, może kogokolwiek zainteresować. Bo chyba taki mają cel opisy? Informacyjny? No chyba, że coś przeoczyłam.

[*]


Za co kochamy polski System Ochrony Zdrowia

16 stycznia 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Wiem, że walenie smutów nie jest fajne, że nie wypada, że karnawał, a że sesja, że  noworoczne postanowienia wymyślne niczym teksty Piotra Kupichy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: choćbyśmy okazami zdrowia byli najsilniejszymi, niczym Chuck Norris, prześlizgiwali się przez życie, nie dając się panującej epidemii grypy, byli młodzi, piękni i  względnie zdrowi, kiedyś ten  moment musi nastąpić: albo złamiemy sobie nogę, albo w śniegu po pas, będziemy musieli drałować do przychodni po L4, albo po prostu przyjdzie nam odwiedzić lekarza z sobie tylko znanych powodów (nie ukrywajmy; nie samymi klubami, imprezami,  filmami i grami człowiek żyje).

Jeśli więc nosimy się z zamiarem pójścia do specjalisty i chcąc ustalić termin wizyty, udamy się do przychodni wraz z nadejściem Nowego Roku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziemy musieli na nią poczekać…do kolejnej zimy.

Z góry chciałabym zakomunikować, że zdaję sobie sprawę, że po przeczytaniu tej notki, z pewnością znajdą się amatorzy złotych życiowych porad w stylu: „nie podoba się, to won”, że być może poprą ich obieżyświaty, którzy ubóstwo krajów Trzeciego Świata znają co najwyżej z telewizji; uznają, że nie doceniam tego, co mam, że gdzie indziej jest gorzej, toczą się wojny, brakuje naturalnych zasobów wody pitnej, a ludzie umierają na ulicach… To wszystko wiemy, ale jedyne co możemy z tą wiedzą zrobić, to usiąść i zapłakać.

Jednak mój płacz, świadomość niesprawiedliwości oraz mocno odczuwane współczucie nie zmieni ani historii świata, ani dziejów ziemi, czy też losów  wymierających foczek, a prawda jest taka, że jestem tu i teraz, i pomimo pojmowania istoty rzeczy (gdzie indziej jest gorzej), zdaję sobie także sprawę, że życie przeciętnego  człowieka zamieszkującego okolicę Florydy,  może wyglądać  tak:

Ja jednak żyję w Polsce i moja rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie:

Kokolina w drodze na autobus, 07:30 rano, lipiec 2010
Chociaż auto ładne (i tak na kredyt).

07:25, 9 styczeń, jedna z katowickich przychodni

Wraz z grupą dziadków szturmuję tzw. okienko, nad którym na białej kartce zawisł markerem pisany napis: rejestracja. W bitwie o pierwsze miejsce przegrywam z babcią o lasce, z drugą babcią o włosach kolorze jasnego fioletu, z cieniem na powiekach, aż po łuk brwiowy,  z dziadkiem który z rana wypił co najmniej litr nalewki czosnkowej i człowiekiem, któremu jak się potem okazało, pomyliło się okienko i ku mojej ucieszy, udało się zepsuć początek dnia paniom urzędującym, które wielce się zniesmaczyły pojemnikiem z brązową zawartością przyniesionym przez ów człowieka. Stoję. Dyskusja. Moje ulubione. Ci z przodu, że młodzi to zdrowi, że zdrowie na chorowanie mają, a że oni już starzy i zdrowia nie mają. Ci z tyłu zniecierpliwieni, dmuchają, chuchają, wzdychają, tupają, wyzywają, oczy ku  niebu wznoszą, że duszno, że gorąco, że długo, że kto to widział. Ale stoję. Jak bohater czekam na swoją kolej. Nadchodzi!

Mówię o co mi chodzi, kobieta spogląda na mnie przerażona, zniesmaczona, z twarzą koloru tęczy. Przez chwilę przychodzi mi na myśl, że być może wyrosły mi z głowy czułki. – Słucham? – pyta mocno skrzywiona. – Chciałam się umówić do lekarza- powtarzam. Mina jej wciąż ta sama, jakbym powiedziała coś w stylu: – Dzień dobry, importowano mnie z Kambodży, mój brat jest Murzynem, czy mogę prosić dwa kilo sera? Co słyszę na moje raczej mało oryginalne jak na okienko w szpitalu, pytanie?
„Proszę przyjść w następnym roku, terminów brak!”

W tym miejscu wycięłam całkiem długi fragment tekstu nienadającego się do publikacji, okraszonego wyzwiskami i wulgaryzmami.  Co oprócz absurdalnie długich kolejek, może nas pacjentów, spotkać w Polsce?

OCZEKIWANIE

Bez ściemy. Ilekroć tylko wybieram się do lekarza przyjmującego w przychodni, oddalonej od mojego domu choćby i 5 minut drogi, przeznaczam na to cały dzień. Co jak co, ale Polska to miejsce, gdzie czas pacjenta szanowany jest równie mocno, co jego zdrowie i on sam. Pół biedy z takimi kolejkami, gorzej jeśli w grę wchodzi czyjeś życie i każdy dzień jest na wagę złota (choć w tym przypadku ta metafora wydaje się nie na miejscu). Dajmy na to, jesteś ciężko chory i oczekujesz decyzji na rozpoczęcie leczenia, po  kilku miesiącach (o ile wcześniej nie zeżre cię rak albo inne świństwo) okazuje się,  że stan twojego zdrowia ci to uniemożliwia i jedyne co w tej sytuacji ci pozostaje, to w cieple domowego ogniska, w iście rodzinnej atmosferze, rozprawiać o kolorze trumny lub urny, a w najlepszym wypadku, rodzaju kół do wózka. Na który rzecz jasna będziesz zbierał kolejne 5 lat.

Jej się udało. Tobie też się uda!

No, ale już bez przesady. Nie za dużo byś chciał naraz?

LOGISTYKA

W momencie rozpoczęcia leczenia, okazuje się, że na jedne badania masz jechać do innej miejscowości, na drugie do innej przychodni, na trzecie do szpitala oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, po to, aby wrócić do tego samego lekarza z wynikami (to już będzie jakiś rok później), który będzie przyjmował już w innym miejscu, słuch o nim zaginął więc całe leczenie na nic i wszystko trzeba będzie zacząć raz jeszcze, począwszy od znalezienia dobrego specjalisty (jeśli przy tym akapicie się zgubiliście, dodam tak dla pocieszenia, że ja także). Przy okazji dowiesz się, że za jedne badania będziesz musiał ponieść opłatę w wysokości kilku tysięcy, przy czym za to samo, w innym mieście, będziesz mieć to całkowicie za darmo. Ostatecznie całą sytuację skwitujesz zobojętniałym  machnięciem ręki i w asyście mocno zblazowanej miny, wszystko spointujesz jakże wnoszącym i kulturalnym okrzykiem „pierdolę!”. Od tej pory, zapytany o swoją emeryturę i troskę o przyszłość, z dumą będziesz chwalił się swoją nową dewizą życiową „lepiej żyć krótko i bojowo niż długo i chujowo”.

CZYSTOŚĆ

Toalety bez klamek i zamków, szyb w drzwiach, ba, drzwi samych, brak ciepłej wody, papieru toaletowego, mydła, czy też towaru luksusowego jakim jest lustro, to właściwie nic przy braku podstawowych zasad dotyczących utrzymania czystości i sterylności.

SPOKÓJ, ŁAD I PORZĄDEK

Ironia w tym miejscu będzie już mało zabawna. Jeśli na to liczysz, polecam prywatną opiekę medyczną, na którą decyduje się coraz więcej Polaków. Pytanie tylko: po co te składki?

TRAKTOWANIE PACJENTA

Czyli „rozbierze się”, „położy”. A pocałuje mnie w dupę. Nie czuję się księżniczką, ale kiedy ktoś, komu powierzam swoje życie, zwraca się do mnie w formie bezosobowej, czuję się niczym pozbawiona uczuć wyższych ameba, która nie ma ciała, a kawałek mięsa, nie ma uczuć, a co najwyżej kopertę (to temat na odrębną dyskusję). Co ciekawe, przytoczona sytuacja prawie nigdy nie zdarza się podczas wizyt prywatnych, hmm…

DIAGNOZA

Kolejny temat rzeka. „Taka pani uroda”, „przejdzie po porodzie”, „tak to już jest” to jedne z najbardziej lubianych diagnoz stawianych przez lekarzy. I jak to w świecie nauki; dwóch lekarzy głosi dwie odmienne, wzajemnie znoszące się diagnozy, pośrodku, których stoi biedny Kowalski.

Poza nauczycielami, nikt w życiu nie potraktuje cię jak debila równie mocno, jak polska służba zdrowia.

Z reguły nie jestem człowiekiem łatwowiernym, ulegającym magii i władzy mediów, wierzących w sztucznie rozbuchane afery, tak jednak widzę, że nie jest dobrze. Codziennie przytłaczają mnie informacje o strajkach aptek, zmianie refundacji leków,  sposobie wypisu leku przez lekarza… Wszystko to zdaje się wymykać spod kontroli samych kontrolujących- NFZ, ministrów. I choć nie chcę siać defetyzmu, tak po cichu wydaje mi się, że jeszcze długo, długo polski pacjent w całym tym bałaganie, będzie elementem, który traci najwięcej.
Dlatego w  Nowym Roku życzę Wam dużo zdrowia, kiss w sutki, kochani!


Co nas tak jara w imageboardach?

1 listopada 2011 |  Kre 
Kategoria: Po bandzie

Kumacie, że nie ma na świecie osoby ani grupy osób, które umiałyby WYŁĄCZYĆ INTERNET? Autentycznie, zrobiono drugi świat, który nie przestanie istnieć dopóki będzie na świecie ileśtam kompów. Puchnie, rośnie, syfi, zastępuje doznania zewnętrzne. Skrajne nerdy nie wychodzą z domu, bo w Necie ciekawiej i mogą być w końcu Dzielnymi Bohaterami.

Jednak nie wszyscy aż tak się dali przekabacić. Z reguły oczekujemy tylko lekkostrawnej, szybkiej rozrywki dla zabicia czasu. Oczekiwania te ciągle się zmieniają, drastycznie i brutalnie. Dłużej trzymają się na fali tylko najbardziej pomysłowi autorzy serwisów i stron, którzy – jak to w konkurencji rynkowej – trafią celnie w trend i zaoferują coś ekstra. A i tak w końcu padają z hukiem. Grona, fotki, epulsy, nasze klasy i inne trelemorele zeżarł doszczętnie fejsbuk, któremu też wielu przepowiada zgon w niedługim czasie. Ale to akurat oczywiste i widać to jak na dłoni; ciekawe są za to te inne małe pączkujące miejsca, które w ostatnich latach wbiły się do rywalizacji o tytuł Pierwszego Mordercy Czasu. Wydawałoby się, że portale społecznościowe są nie do ruszenia w tym wyścigu, a tu zonk. Są miejsca, gdzie można się dobrze bawić godzinami, a nic nie robić poza przewijaniem ekranu! Raj dla leniwych! A wszystko zaczęło się w pojebanej Japonii…

Wyrafinowany, niepodważalny dowód na to, że Japonia jest pojebana.

Ewolucja zaczęła się od forów i textboardów. Pojawiła się w końcu możliwość dodania zdjęcia profilowego. Kiedy ułatwiono umieszczanie innych zdjęć, dyskusje toczyły się wokół nich. Jakiś cwaniak zwietrzył interes i zaczęła się lawina. Futaba Channel w Japonii i bazowany na nim 4chan wciąż działają w ten sposób i zdobyły wielką popularność (4chan jest przy okazji centrum całego zła na świecie w tej chwili). To na tego typu stronach powstaje większość memów i dziwnośmiesznych rzeczy, to one tak naprawdę nakręcają Internet w jego pełnej krasie.

Niedobór obrazków w forach obrazkowych ciągle cisnął i ciśnie jednak do przodu – i jednym z dzieci tej potrzeby stały się demotywatory. Nie mówię tylko o najpopularniejszej stronie w Polsce pod tą nazwą. Forma się wykrystalizowała już na starych memach, jak Lolcaty (dziwne zdjęcia z kotami + podpis). W polskich demotywatorach dyskusja pod plikiem też jeszcze niby jest, ale ma już zupełnie marginalny charakter i mało kto z niej korzysta. A pod obrazkiem raptem kilka słów. Za dużo? Jasne, że za dużo! I demotywatory też robią się przestarzałe. Skupię się głównie na stronie, która teraz wiedzie prym popularności i zabrała demotywatorom większość “elektoratu”. Dość świeża, a w błyskawicznym tempie zawojowała Sieć i zaoferowała póki co najprzystępniejszą opcję wymiany obrazów. Kwejk.pl.

Losowy obrazek, żeby nie było za dużo tekstu i w ogóle

Uproszczona do bólu. Możliwość zamieszczenia opinii usunięta. Tylko obrazki i dzielenie się nimi na fejsie. Od śmiesznych, przez ładne, szydercze, hejterskie, po depresyjne. Wydawałoby się, że to tak proste i oczywiste, że powinno być już dawno, przed potopem. A to się dopiero rodzi. Jest jednak kwejk bardzo luźny i nieposegregowany; ląduje tam wszystko. Czasem sam tekst, czasem sam obrazek. Więc kiedy on się znudzi, proces pójdzie dalej w kierunku selekcji. Już teraz dla wielu “nie jest taki jak był kiedyś”. Jasne, że nie jest, bo wraz z popularyzacją zawsze ląduje więcej randomu i syfu. Plus jest taki, że to zadowala dwustronnie. Aktywni wrzucając tam cokolwiek interesującego mają pewność dotarcia do tysięcy ludzi choć na sekundę. Inni, mniej ekshibicjonistyczni, wchodzą nawet na kilka godzin dziennie się rozejrzeć i dają dalej nura w sieć. Czego szukamy i oczekujemy w takim nowym kociołku?

Jeden z najczęściej lajkowanych obrazków na Kwejku

Jest to między innymi hydepark niezłego humoru, i głównie tego się tam szuka. Ale jest drugie denko, naprawdę zastanawiające. Setki, setki ludzi szukających ZROZUMIENIA. I potwierdzenia, że nie są sami w swoich odczuciach, stresach, lękach i złościach. Ostatnio się od tego roi, a zaczęło się jeszcze na demotach, wraz z tekstami a’la “to uczucie gdy”. W końcu ludzie się połapali jakie to lamerskie i zjechali to od góry do dołu. Moim osobistym faworytem było zdjęcie bidonu z podpisem “to uczucie, gdy chcesz się napić wody, a w bidonie masz gówno”. Niektórzy poszli nawet krok dalej.

Szydera z szydery :)

To nie powstrzyma lawiny. Na Kwejku “lajki” zbierają rzeczy, które dla wielu osób są wspólnym przeżyciem, jak obrazki “i love chocolate” czy jakieś milusińskie kotki. Wrzucający się cieszy, że Sieć współodczuwa z nim. Sieć się cieszy, że Sieć się cieszy. Albo inny przykład – frustracje polskich nastolatków którzy nie mogą się dogadać z mamami wylewane na stronie Komixxy (jak ten: http://komixxy.pl/988639/Wyjazd-na-narty) . Ujęte humorystycznie, ale znane tysiącom osób o podobnych problemach, i głównie dlatego tak popularne w danej grupie. Widzę to sam po sobie, miałem kilka takich nonsensownych rozmów. A groteska i autoironia zakrywa łzy rozpaczy!

No dobra, przeginam z tą rozpaczą. Co nie zmienia faktu, że oprócz beki, strony wyżej wymienione pozwalają nam odnaleźć zapewnienie, że nie jesteśmy sami, dają nam poczucie akceptacji. Autostymulacja! Fuck yeah! Ciekawe, jak uspokajać się będziemy za kilka lat?


Pornaliada

29 lipca 2011 |  Julia 
Kategoria: Po bandzie

Porno bywa śmieszne. Serio, gdy zagłębimy się w pojechane pomysły producentów, które co gorsza powodowane są najprawdopodobniej czyimś fetyszem, może zrobić się wyjątkowo zabawnie. Prawdopodobnie nie jesteście tego świadomi, ale pornomagnaci prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej fantazyjnych pomysłów, by zaspokoić żądze swoich wiernych widzów. Skutek jest najczęściej odwrotny od zamierzonego, czyli komiczny. Specjalnie dla Was, w moim magicznym różowym skafandrze, przemierzam najmroczniejsze głębiny niezmierzonego oceanu pornobiznesu, by wyłowić najbardziej zmutowane kąski, pomijając te bardziej obrzydliwe.

#1 Panie kanapko, ta parówka jest taka jędrna
To chyba jeden z najgłupszych i najbardziej uroczych pornosów na jakie się natknęłam. Pomijając standardową i nie budzącą podejrzeń gospodynie domową, głównym bohaterem jest (werble) Człowiek Pudełko. Sytuacja nie byłaby jeszcze tak tragiczna, gdyby nie jego towarzysz, człowiek-tost w okularach rodem z  Blues Brothers. Dodajmy, że podryguje on beztrosko W RAJSTOPACH. Tak, tak moi drodzy to jest, przynajmniej w zamierzeniu, pornos.

YouTube Preview Image

Tak to się robiło w latach 80, Panie i Panowie, przedstawiam produkcję z 1981 roku, Nightdreams. Palce lizać, chyba pójdę sobie zrobić kanapkę.

#2 Fallusosaurus

Nie wiem, czy pomysł ten powstał na fali popularności Jurassic Park, ale być może wiemy, co po godzinach robi Spielberg. I co stało się z kostiumami po produkcji wszystkich części przygód naszych skamieniałych przyjaciół. Kto wie, może velocitoraptory goniące bohaterów po dżungli, chciały się tylko nieco… zabawić.

Ja też wciąż nie wierzę w to co widzę.

#3 Tato, tato, chodźmy do cyrku.

Pozornie nic dziwnego w tym, że w pornosach pojawiają się tam i tu balony, właściwie to podstawa, z czym na pewno zgodziłby się Kuba. Bez cycków nie ma zabawy. Trochę bardziej niezręcznie robi się, gdy głównym bohaterem okazują się faktycznie balony, takie dmuchane. Do kompletu brakuje nam tylko klauna.

Pomyślcie o tym gdy następnym razem będziecie dmuchać balony na urodziny kuzynki.

Ale nie martwcie się, dla klaunów w pornobiznesie też znalazło się miejsce. I bynajmniej nie są zatrudniani do rozśmieszania, wątpliwej jakości gagami niezaangażowanych czynnie w najgorętszą akcję, członków ekipy. Z góry przepraszam i ostrzegam wszystkich cierpiących na koulrofobię*, nie chciałam zrujnować wam dnia. Lub życia

Give clown a blowjob, taste the rainbow

*koulrofobia – strach przed klaunami.

#4 Zbyt bliskie spotkanie trzeciego stopnia

Spielberg znowu maczał w tym palce (być może dosłownie, bo kto wie, kto kryje się w kostiumie).  Tym razem kogoś fantazja scenopisarska zdecydowanie poniosła za daleko. Fujka! Najwidoczniej E.T. wcale nie chciał wracać do domu.

E.T. call home / make porn

#5  Podniebny patrol

Kayah chciałaby być Supermanem (niezorientowanym przypominam, teledysk mógłby spokojnie znaleźć się w tym zestawieniu ) , a niejeden facet chciałby choć raz spotkać Superkobietę, znaną też jako Wonderwoman. Nie tylko dlatego, że potrafi się “ciekawie” się ubrać, ale przede wszystkim dlatego, że umie latać. I tym prostym sposobem, zobrazowanym poniżej, wyjaśniły się wszystkie ukryte powody marzeń ludzkości o wzniesieniu się w powietrze.

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to WonderJob!


Engine