Wpisy w kategorii Muzyka


Come-back w stylu Madonny

6 marca 2012 |  Holz 
Kategoria: Muzyka

Jak wrócić do show-businessu, gdy masz 53 lata?

Madonna w tym roku postanowiła po raz kolejny zorganizować sobie wielki come-back. Do tej pory nie było z jej powrotami większego problemu, wcześniej jednak nie miała pięćdziesięciu trzech lat (teraz doskwiera reumatyzm, nadciśnienie, halluksy). Czy na podstawie jej przypadku możemy się czegoś nauczyć?

Pierwsza zasada: NIE WMAWIAJ SOBIE, ŻE NIE JESTEŚ STARĄ DZIDĄ

To zapewne od Hugh Hefnera Madonna nauczyła się, że należy otaczać się młodszymi niewiastami

Bardzo ciężko jest być gwiazdą pop w wieku, w którym powinno się zajmować ogrodnictwem i dzierganiem sweterków dla wnucząt. W dobie Wikipedii trudno też utrzymać rok swoich urodzin w tajemnicy. Madonna w obliczu tych wszystkich niedogodności zaakceptowała swój wiek i zdecydowała się na bardzo rozsądny krok – zaprosiła do współpracy gwiazdy młodszego pokolenia (Nicki Minaj i M.I.A). To nic, że obie w przełomowy hit wkład mają dość mizerny (ich rapowane wstawki trwają po hmmm… 5 sekund?), ważne, że ochoczo i żwawo wykrzykują chórki: “L U V Madonna”. W teledysku oddają wręcz hołd starszej koleżance. Suma sumarum, aby powrócić z impetem, kiedy jest się starszą panią, warto zgarnąć laski, które mają szacun u młodzieży, i kazać im bić sobie pokłony. Wtedy ma się cały ich fejm dla siebie!

Druga zasada: UWAŻNIE DOBIERZ REPERTUAR

Niegdyś paliła krzyże, a dziś chce, aby dać jej miłość

Madonna, jako artystka z dużym dorobkiem, ma na koncie etapy bezczeszczenia krzyża (“Like A Prayer”), bycia wulgarną prostytutką (“Erotica”) i nawracania się na new-age’ową drogę życia w harmonii (“Ray Of Light”). Postanowiła więc zatoczyć koło i nie serwować tym razem poezji śpiewanej, tylko wrócić do żwawego pitu pitu o dupie Maryni. Nowy hit nosi tytuł “Gimmie All Your Luvin’”, a Madonna śpiewa w nim refren (w wolnym tłumaczeniu):

Daj mi całą swoją miłość i daj mi swoją miłość

Daj mi swoją miłość dzisiaj

Daj mi całą swoją miłość i daj mi swoją miłość

Ten mało skomplikowany tekst ma dość jasny przekaz. Jedyne, co rzuca się w oczy, to podkreślanie, że adresat piosenki ma dać Madonnie miłość “DZISIAJ”. No cóż, najwyraźniej w podeszłym wieku trzeba się streszczać, bo czasu jest niewiele.

Trzecia zasada: KAMUFLUJ OZNAKI STARZENIA

Taki tron na pewno skutecznie odwraca uwagę od zmarszczek

Na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, kim jesteś (MADONNĄ, GOD DAMN IT!), wciąż możesz udawać, że wcale nie masz 53 lat, tylko na przykład 23. Choć Madonna dość solidnie inwestuje w regularne odpicowywanie twarzy, to w dziedzinie odmładzania dłoni medycyna estetyczna wciąż niestety raczkuje. A gdy jest się żwawą babcią, pakującą na siłce każdego ranka, rączki mogą zrobić się trochę użylone i… starcze (fujka). Dlatego totalnie warto zaprzyjaźnić się z rękawiczkami wszelkiego rodzaju (długie, krótkie, mitenki, itp.). Dodatkowo, jeśli w ramach promowania nowego kawałka postanawiasz zrobić gigantyczne show w czasie Superbowl, spróbuj jakoś odwrócić uwagę od swojej nieubłaganie pogarszającej się kondycji. Zatrudnij setki tancerzy, którzy odwalą całą czarną robotę za Ciebie, a Ty rytmicznie bujaj, od czasu do czasu obróć się w miejscu i nie daj po sobie poznać, jak niechcący noga zsunie się ze sceny. Do tego, wiadomo, standard – królowa powinna być wniesiona na lektyce wśród fanfar, plus przyda się gościnny występ chłopaków z LMFAO (znowu odświeżenie wizerunku kosztem młodszych idoli).

Czwarta zasada: WZBUDZAJ KONTROWERSJE

Czy widzicie Madonnę czekającą pod wejściem do gniazdka uciech, Studia 54?

Gdy wszyscy Twoi rówieśnicy zgłębiają tajniki nordic walking i chodzą do spożywczaka z wózkiem na zakupy, Ty bądź niepokorną staruszką puszczającą oko na każdym kroku. Nowa płyta Madonny nosi tytuł “MDNA”, który w dość oczywisty sposób nawiązuje do nazwy znanego narkotyku. Bardzo sprytny patent na zyskanie szacunu u młodych słuchaczy. W przypadku Madonny jest to też z pewnością nostalgiczne wspomnienie okresu młodości, jako że MDMA było naczelną używką Studio 54 pod koniec lat ’70. Nie ma więc fejku, a fejm jest.

Jestem strasznym hejterem, ale i tak wiadomo, że wszyscy kochamy Babcię Madonnę i życzymy jej jak najlepiej. I choć jej come-back był misternie przygotowany i wszyscy możemy się na nim uczyć, to nie wypali on z takim impetem, z jakim by mógł. A wszystko za sprawą niespodziewanej śmierci innej divy, Whitney (R.I.P.), której kariera pośmiertnie rozkwita kosztem naszej bohaterki. No ale nawet taka supergwiazda jak Madonna nie mogła tego przewidzieć.

Na koniec dla tych, co jeszcze nie widzieli (są tacy?) wspomniany wyżej nowy numer Madonny w wersji “na bogato”. 23 miliony wyświetleń na youtube, w cztery tygodnie. Ciągle niezły wynik, prawda?


Dalsze losy laureatów X-Factor

18 grudnia 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

W tym miesiącu na sklepowych półkach ląduje nowa płyta laureatki Idola, Alicji Janosz. Mniej więcej 10 lat potrzebowała, by jakoś zaczęło to wyglądać, a potężne koncerny muzyczne nie zmuszają już Alicji do śpiewania o jajecznicy. Jako, że Idol to jednak relikt przeszłości (wielu z was pewnie nie było nawet na świecie), postanowiłem sprawdzić jak potoczyły się losy bohaterów dnia dzisiejszego czyli laureatów programu X-Factor. Tak jak można się było tego spodziewać - jest źle.

(więcej…)


Giga tłuste wiksiarskie bity

5 listopada 2011 |  Kre 
Kategoria: Muzyka

YouTube Preview Image

Bez zbędnego pitu-pitu. Poszukiwania tłustości trwają od dawna, i, trzeba przyznać, jest ciężko. Nawet Hitler, przy całym swoim aparacie władzy nie mógł znaleźć wiksy z dobrym elektro. Dopiero legendarne już bąkers usytasysfakcjonowało Wodza i doprowadziło do Melanżu Ostatecznego. No ale ile można jechać na samych bąkersach?

Powołałem więc do życia Tajną Grupę Poszukiwaczy Pierdolnięcia. Wraz z zespołem składającym się z samych bezpartyjnych ekspertów (pozdrawiam Ciacha ;*), dokonaliśmy eksperckiej ekspertyzy. I mamy. Ale chcemy więcej! I, jako że to ma być tłustość ponad podziałami rasowymi i ideologicznymi, mamy w dupie dubstepy, dramy, progressive folk ambient i hemoroidy. Ma być proste, surowe elektro coś. Takie, że na początku jest lekkie la la la na na, potem ewentualnie chwilę cicho a potem BBBBZZZWWWWOOO BBBBBZZZZZWOOOBWOBWOB ŁIJUŁIJUŁIJU BZBZBZBZZZ. Albo coś podobnego. Będzie naprawdę fajnie i miło, jak podrzucicie coś na wzór. A to nasze propozycje:

1. The Bloody Beetroots & Steve Aoki – Warp 1.9

YouTube Preview Image

JAK TO MŁÓCI NIEMIŁOSIERNIE. Chyba mój faworyt. Powoduje, że uderzam głową w stół. Ale podświadomie wiem na pewno, że to stół wiksuje i rytmicznie domaga się kontaktu z moim czołem. Nosi go po prostu.

2. Bonde Do Role – Marina Gasolina (Crookers rmx)

YouTube Preview Image

Tę piosenkę cenię sobie przede wszystkim za głęboki tekst. MARINA AMFETAMINA MARINA GASOLINA AFRICA BOMBATAAA.  Ale jak człowieka w tłocznym, spoconym miejscu zarzuca na densflorze, to właśnie tego oczekuje. Siarczyście nisko spitchshifterowany bas przy dobrym nagłośnieniu dostosuje Wasze rytmy serc do muzyki. 4% ryzyka śmierci, a bez tego przecież nie ma zabawy!

3. Crookers – We are prostitutes

YouTube Preview Image

Bardziej fidgetowy rytm, mniej siary, ale też się nada z nawiązką. Niewytrwałe dziunie i dziuniowie (chciałem być nieszowinistyczny, ale chyba mi nie wyszło) padną na parkiet z przewiksowania. A to nie koniec, bo teraz z nienacka walnie hit klubowy prosto z Niemiec (tam to jest naprawdę, naprawdę popularne):

4. Frauenarzt & Manny Marc- DISCO POGO

YouTube Preview Image

Przy tym bawią się nawciągani Niemcy! W ramach współpracy unijno-ogólnomiędzynarodowo-pokojowo-integracyjnej też powinniśmy!

A kto zlinkuje najgroźniejszy kawałek tego typu, dostanie w prezencie… JAKIEŚ SPOKO COŚ! (Jeszcze nie wiem co, i czy w ogóle, bo nie konsultowałem tego z Jullem ani z nikim – no ale jak song go zmłóci to nie poskąpi, chill). Bo liczy się tylko pierdolnięcie!


O legendzie Amy bardzo osobiście

27 lipca 2011 |  Gippius (CROPP) 
Kategoria: Muzyka

Choć piszą o niej teraz wszyscy, to i tak postanowiłam otworzyć twarz i tym samym przedstawić moją suwerenną opinię.

W sobotę wieczorem fejs zapełnił się milionami linków i innych wspomnień na temat Amy. Oczywiście, klasycznie, jak przystało na kraj nasz, pojawiło się również grono oponentów, których bardziej poruszyła śmierć ponad dziewięćdziesięciu Norwegów i których zastanawiało, czemu o tym na fejsie się nie pisze. No bo przecież warto być w kontrze i disować tych, co chcieli wyrazić swój szacunek dla nietuzinkowego głosu i wielkiego talentu Amy Winehouse.

Grafika by Marta Jaguś

Tym razem jestem, o dziwo, w gronie tych pierwszych – cholernie mi żal tej artystki. Przede wszystkim dlatego, że stawiałam ją w gronie tak zajebistych kobiecych wokali jak Aretha Franklin, Nina Simone, czy z bardziej nam współczesnych Erykah Badu.

Miała szansę zostać kolejną królowa soulu? Być może. Być może z taką etykietą przejdzie do historii muzyki, mimo stosunkowo małego dorobku artystycznego. Bo choć prawdą jest, że przedwczesna śmierć może uczynić artystę legendą, to Amy Winehouse stała się legendą jeszcze za życia.

Trzy lata po sukcesie debiutanckiego albumu „Frank” z 2003 roku artystka wydała płytę, którą śmiało można nazwać arcydziełem – Back to Black. Genialny muzycznie krążek był też wyrazem artystycznego manifestu zagubionej 23-latki. Widziałam już mega niesmaczne memy z cytatem z numeru „Rehab” –They tried to make me go to rehab, I said, “No, no, no” ilustrowane kompromitującymi zdjęciami Amy.

Amy na żywo 2007 r.

Ale zastanówmy się, jakim trzeba być mentalnym cyborgiem, żeby unieść ciężar takiej sławy w tak młodym wieku. Nagle okazuje się, że paparazzi ograniczają naszą wolność do zera, że świat wymaga od nas nowej płyty i to szybko, żeby sława nie zgasła. Takie ciśnienie może zabić. I myślę, że to popularność właśnie zabiła Amy. Narkotyki były tylko jakąś formą ucieczki.

I cholernie mi żal, że umarł taki talent, bo jak widać po wschodzących gwiazdkach szołbizu, taki talent trafia się niezmiernie rzadko.

Pamiętam, jak ucieszyłam się, że Amy zagra w Bydgoszczy. Jednocześnie nie kupiłam biletów na festiwal, bo pomyślałam, że nie wiadomo, czy dziewczyna dotrze. To były profetyczne słowa. Amy nie wyda nowej płyty i nie zagra żadnego koncertu i tego żal mi jest najbardziej.

Miała szansę zostać kolejną królowa soulu? Być może. Być może z taką etykietą przejdzie do historii muzyki, mimo stosunkowo małego dorobku artystycznego. Bo choć prawdą jest, że przedwczesna śmierć może uczynić artystę legendą, to Amy Winehouse stała się legendą jeszcze za życia.

Trzy lata po sukcesie debiutanckiego albumu „Frank” z 2003 roku artystka wydała płytę, którą śmiało można nazwać arcydziełem – Back to Black. Genialny muzycznie krążek był też wyrazem artystycznego manifestu zagubionej 23-latki. Widziałam już mega niesmaczne memy z cytatem z numeru „Rehab” –They tried to make me go to rehab, I said, “No, no, no” ilustrowane kompromitującymi zdjęciami Amy.

Ale zastanówmy się, jakim trzeba być mentalnym cyborgiem, żeby unieść ciężar takiej sławy w tak młodym wieku. Nagle okazuje się, że paparazzi ograniczają naszą wolność do zera, że świat wymaga od nas nowej płyty i to szybko, żeby sława nie zgasła. Takie ciśnienie może zabić. I myślę, że to popularność właśnie zabiła Amy. Narkotyki były tylko jakąś formą ucieczki.

I cholernie mi żal, że umarł taki talent, bo jak widać po wschodzących gwiazdkach szołbizu, taki talent trafia się niezmiernie rzadko.

Pamiętam, jak ucieszyłam się, że Amy zagra w Bydgoszczy. Jednocześnie nie kupiłam biletów na festiwal, bo pomyślałam, że nie wiadomo, czy dziewczyna dotrze. To były profetyczne słowa. Amy nie wyda nowej płyty i nie zagra żadnego koncertu i tego żal mi jest najbardziej.


Jak Wam się podoba X-Factor?

26 maja 2011 |  Kuba 
Kategoria: Muzyka

Pamiętam jak dziś jak w grudniu zgłosiła się do mnie ekipa TVN-u bym łaskawie zechciał zaszczycić swoją skromną osobą jury. Musiałem odmówić, bo już dogadałem się na swój prywatny show w Croppie. “No to chociaż, kurde, zaśpiewaj” – nalegała stacja. Ja jednak byłem nieugięty i chyba nawet dobrze się stało, bo ten cały X-Factor to (przepraszam za wyrażenie) kupa.

Spieszę z wyjaśnieniami. Żyjemy w Polsce, czterdziestomilionowym kraju, który lubuje się w tworzeniu programów telewizyjnych na zagranicznych licencjach. I bardzo dobrze. Ludzie narzekający na ten stan rzeczy dziś w telewizji dla siebie mogą znaleźć chyba tylko performance’y profesora Miodka. I bardzo dobrze. Zresztą, licencje nie są złe. Dostajemy coś o czym wiemy, że było dobre. To tak jakby do naszego kraju nigdy nie zawitała Coca Cola (nie wiem jak wam, mi na samą myśl skoczyło ciśnienie).

Mieliśmy zatem kilka Idoli, kilka Big Brotherów, mieliśmy trzy edycje Mam Talent, a teraz mamy swój X-Factor, który w założeniu nie różni się wiele od emitowanego kilka lat temu w Polsacie poprzednika. Problem zaczyna się w miejscu, kiedy pomiędzy emisją obu programów minęło jakieś 7 lat, a X-Factor trzyma poziom +/- szesnastego Idola. Poważnie, ten program jest słaby jak dowolna płyta Gosi Andrzejewicz.

Albo może nawet słabszy, bo kiedy nad Gosią Andrzejewicz pracowało trzystu ekspertów od wizerunku (film “300” w sposób metaforyczny podobno opowiada ich losy), X-Factor opowiada nam historię naturszczyków. A tam, gdzie dokładnie jest miejsce i zapotrzebowanie na urzekającą naturalność pojawia się Michał Szpak. A tego moje konserwatywne gusta zdzierżyć nie mogą. Ale po kolei.

Spójrzmy prawdzie w oczy, w programach tego typu najważniejsi nie są uczestnicy, tylko jury. To jest dobre, bo za nimi stoi jakaś jakość. Trzeba jednak po prostu o tym pamiętać. To oni się promują i kiedy dziś wiemy, że Alicja Janosz zbiera truskawki na plantacji bawełny w Panamie, a Szymon Wydra sprzedaje swoje włosy przez internet, Zapendowska, Wojewódzki robią karierę, Cygan promować się nie musiał, a Leszczyński staje na głowie by pisać jeszcze bardziej kretyńskie felietony w gazecie, której tytułu wam wprost nie powiem. W X-Factorze znów mamy mistrza Wojewódzkiego, który z miejsca dorzuca 2 mililony do oglądalności, Czesława Mozila – artystę awangardowego i Maję Sablewską. Nie wiem kto to, ale mam nadzieję, że nie ma nic wspólnego z agentem Tomkiem, a takie mariaże zawsze ostatecznie prowadzą do Kingi Rusin, którą powinni rozstrzelać jeszcze w czasach Telewizji Publicznej.

W praktyce wyszło tak, że Wojewódzki chodzi cały czas smutny, ponieważ musi udawać, że podoba mu się występ dziesięciu niezbyt rozgarniętych ludzi, których przerzucił do tak zwanych finałów, Czesław nie umie mówić po polsku, ale jest tak pocieszny, że aż chce się go przytulić nawet mimo wspomnianych wcześniej konserwatywnych uprzedzeń, a Maja jako jedyna wybitnie sprawia wrażenie osoby, która nie ma pojęcia o czym mówi. Ale, czego się spodziewać po osobie, która – sprawdziłem – przez lata wciskała do naszych domów Dodę.

Efekt jest taki, że wybrano dziesięć marek półfinałowych, spośród których nie pamiętam już siedmiu, oglądając każdy kolejny odcinek piję do telewizora (albo płaczę), zadając sobie do tego pytanie “kto to kur** jest?!”, a przecież program jest dopiero na swoim półmetku. Grupy – czyli zespoły wokalne złożone z większej liczby członków były tak marne, że lepiej śpiewa zespół lokalnych meneli, który eleganckim falsecikiem odśpiewuje swój koronny przebój “Kierowniku poratuj” gdy nad ranem ulicami miasta wracam do domu.

Tu miało być zdjęcie Michała Szpaka, ale uznałem, że nie będziemy go uparcie promować chociaż na naszym blogu

Są jeszcze wokaliści. Jakaś międzynarodowa grupka, której kompletnie nie ogarniam, ale z tego co wiem już ich nie ma, to miły ukłon stacji w kierunku mojej krótkiej pamięci. Jest starsza pani, której obecność w programie argumentuję sobie niestety wyłącznie wolą przyciągnięcia przed telewizor kur domowych z niespełnionymi marzeniami. No i są dwaj wielcy zwycięzcy tego programu, którzy moim zdaniem kariery nie zrobią, ale dobre jest to, że jako jedyni potrafią chociaż wzbudzać emocje. Co poniekąd świadczy o kiepskiej jakości tego programu. Do rzeczy!

Michał Szpak. Gdybym chciał opowiedzieć wam jego historię, prawdopodobnie musiałbym użyć połowy epitetów uznawanych powszechnie za nieprzyzwoite. Trudno jednak polemizować z tym, że umie śpiewać. Kariery oczywiście nie zrobi, jeszcze z 10 lat będzie chodzącym dziwadłem, które wyda debiutancką płytę, a w okolicy grudnia ludzie powoli przestaną chodzić na jego koncerty. Dekadę pogra po barach i festiwalach w Opocznie, po czym się ogarnie, zrozumie swoje błędy, zmieni wizerunek i zostanie wokalistą Arki Noego. Zbyt wiele gwiazd reality show było w tym kraju (i to lepszych), by reguła mogła znaleźć swój wyjątek (zresztą już znalazła Monikę Brodkę). Poza tym jestem Polakiem, więc dla samej zasady nie życzę dobrze nikomu, kto już w wieku 16 lat obwołał siebie “Santo Subito”. Jestem też na tyle piękny i młody, bym mógł odpuścić sobie pitolenie sloganów “młodość się musi wyszaleć”.

Gienek Loska. Nie powiem żeby mnie czarował ktoś kto na starcie zaczyna program od tezy “jestem taki alternatywny, mam was wszystkich w dupie”. Tego też nie lubię, aczkolwiek w obliczu większej niechęci do Szpaka z panem Gienkiem się jednoczę. Myślę, ze ten ostatni argument zadecyduje zresztą o zwycięstwie Loski. Bo to nie jest prawda, że my Polacy nie lubimy oryginalności. My nie lubimy zarozumialstwa i bucowatości, a to zupełnie różne pojęcia. (Wracając do Loski) Facet śpiewa naprawdę nieźle, moim zdaniem wygra ten program i nawet nagra płytę. Pierwsza dostanie platynę, drugą kupi jednak już tylko 500 osób, bo my w Polsce nie słuchamy przecież bluesa.

Ale kto by się tym przejmował, w międzyczasie skończą się dwie kolejne edycje X-Factor o poziomie zapewne jeszcze niższym, serwując jednak masie kolejne gwiazdy rodem z reality show, a jedyne płyty, które będą szły po taśmach kasowych ciurkiem to te, na których Czesław śpiewa. Może to i dobrze?


Engine