Wpisy w kategorii Gry


Mroczna gra Pokemon Black Edition, od której wariowali gracze?

6 kwietnia 2012 |  Kuba 
Kategoria: Gry

Historia, którą dziś wam opowiem jest tak mroczna, że mam ciarki nawet kiedy piszę te słowa. Paradoksalnie jednak zaczęła się niewinnie od gameboy’owej gry o Pokemonach. Sami zapewne graliście w jedną z nich – Blue, Red, Yellow. Okazuje się, że istniała jeszcze jedna wersja kolorystyczna o rzekomo katastrofalnych skutkach.

Przenieśmy się jednak najpierw głęboko w lata dziewięćdziesiąte. Jeden z pasjonatów gameboy’a, Pokemonów i związanych z nimi gier opowiedział, że na jednym z targowisk dostrzegł egzemplarz kartridża, którego nie tylko nie miał w swojej kolekcji, ale też nigdy wcześniej o nim nie słyszał. Wiecie jak jest – wyprzedaż rupieci na jakimś targowisku w Stanach, jak to na filmach fabularnych często się pokazuje, a wśród nich zakurzona gra, unikat, rarytas. I to za grosze. Znaczy się – centy.

Chłopak od razu kupił kartridż, zaintrygowało go zresztą to, że miał on czarny kolor. Choć przerabianie gier o Pokemonach u amerykańskich nerdów stało na porządku dziennym, to jednak przeważnie modyfikacje te były powszechnie znane i raczej nieinwazyjne – Bulbazaur miał jakieś tam dodatkowe ataki, a Profesor Oak w wersji dla zboczków nazywał się “stoi jak brzoza”. Ten egzemplarz był jednak inny, niepokojący.

Historię znamy stąd, że lata po fakcie ów amerykański gracz opisał ją na forum dyskusyjnym w sieci. Od razu po powrocie do domu odpalił grę w jednym ze swoich gameboy’ów, a jego oczom ukazał się napis “Pokemon Red”. Przez moment był nawet rozczarowany, że kupił fafnasty egzemplarz tej samej gry do swojej kolekcji, ale kilka chwil później na ekranie pojawił się kolejny, złowieszczy napis “Black Edition”.

Pierwsze różnice w stosunku do tradycyjnego wydania Red mogliśmy zaobserwować już przy wyborze naszego pierwszego Pokemona. Tam, gdzie zawsze był Bulbazaur (obok Squirtle’a i Charizarda) znajdował się tajemniczy Pokemon Ghost. Ghost miał tylko jeden atak o nazwie “Curse”. W trakcie walki z innymi trenerami Ghost nie mógł otrzymać ani jednego obrażenia, gdyż gra zawsze wyświetlała komunikat “Pokemon przeciwnika boi się zaatakować”. Sprawa przybierała nieprzyjemny obrót, gdy decydowaliśmy się na rzucenie klątwy.

Ekran gasł w nietypowy dla gameboy’a sposób, a o tym, że konsolka jest włączona informowała nas tylko muzyka – grobowa i przerażająca, z całą pewnością nie stworzona przez pierwotnych twórców gry. Po kilkunastu sekundach ekran jaśniał, Pokemona przeciwnika nie było na ekranie, co więcej – nie było go też na liście posiadanych przez rywala pokeballi (docelowo gra przekreślała pokonane stworki jako niezdolne do walki aż do czasu uleczenia w pobliskim szpitalu). Wiele wskazywało na to, że przeklęte Pokemony spotykało najgorsze…

Potem robiło się jeszcze gorzej – po wygranej walce i zainkasowaniu za zwycięstwo gotówki, pojawiała się opcja “wyjścia” lub “klątwy”. Jeśli wybraliśmy tę drugą, trener, z którym walczyliśmy znikał z mapy. Gdy ponownie odwiedzaliśmy tę lokację, w tamtym miejscu pojawiał się nagrobek. W ten sposób bohater gry, a raczej jego Pokemon, mógł uśmiercić niemal każdego trenera w grze, z wyjątkiem postaci fabularnych (np. Gary’ego, wnuka profesora Oaka) – ale i te wszystkie mogły ostatecznie polec przy ostatnim spotkaniu.

Po przejściu gry i zwycięstwie w Lidze Pokemon, w przeciwieństwie do standardowych edycji, gra się w tym miejscu nie kończyła. Ekran ciemniał, a po chwili pojawiał się napis “wiele lat później”. Akcja przenosiła się do Lavender Town, słynnego miasta duchów. Główny bohater mocno posunął się w wieku, a – co dziwne i teoretycznie niemożliwe – w jego podręcznym bagażu nie znajdował się ani jeden Pokemon. Szybko też zdawaliśmy sobie sprawę, że świat jest opustoszały i nie ma w nim żywej duszy! Podróżom towarzyszyła jedynie nieznośna, zapętlona i przyspieszająca muzyka będąca motywem przewodnim miasta, tym razem rozciągnięta na cały świat! Amerykańscy gracze skarżyli się na internetowych forach, że niektórzy różnie znosili jej słuchanie, zdarzały się nawet przypadki samobójstw. Zamieszczam ją poniżej, ale odpalacie na własną odpowiedzialność!

YouTube Preview Image

Świat stał przed nami otworem, a bohater mógł eksplorować go bez ograniczeń. Świat był bezpieczny, ponieważ nie było na nim już ani jednego człowieka, ani jednego Pokemona, pozostały jedynie nagrobki po pokonanych trenerach. Kiedy jednak powracaliśmy do miasta, w którym zaczynaliśmy rozgrywkę, po wejściu do rodzinnego domu naszym oczom ukazywał się czarny ekran, rozjaśnienie, a następnie duchy wszystkich – czasem kilkuset – pokemonów, na których użyliśmy Klątwy. Na samym końcu tej listy czekał Ghost. Tym razem jednak nie był posłuszny, ekran po raz kolejny wchodził w tryb walki z napisem “Ghost wants to fight”.

Jako człowiek jedynym atakiem jaki mieliśmy do dyspozycji było “uderzenie”. Nie mogliśmy uciec, nie mogliśmy się leczyć. Nasze ciosy nie robiły większego wrażenia na Ghoscie, który ostatecznie użył zdolności “klątwy”. W tym momencie ekran ciemniał, a Gameboy się wyłączał. Po ponownym włączeniu konsoli nie można było wczytać gry – jedyną dostępną opcją było “new game”.

Nawet jeśli historia o Black Edition jest nieprawdziwa, to ktoś włożył wiele trudu w jej wymyślenie. Lata później fani gry stworzyli własną modyfikację właśnie na bazie tej historii. Tym razem jednak nikt już nie słyszał, by podobnie jak z posiadaczami czarnego kartridża “było z nimi coś nie tak”.


Kącik kulturalny: Red Dead Redemption

23 lipca 2011 |  Kuba 
Kategoria: Gry

Aaach, nareszcie wakacje! Codziennie budzimy się w innym łóżku, właśnie wróciliśmy z plaży, gra muzyka, słońce świeci, a półnagie laski wlewają nam do buzi Jacka Daniellsa. Tak przynajmniej wyglądają wakacje w statusach przeciętnego mojego znajomego na facebooku.

(więcej…)


Kącik Kulturalny: Wiedźmin 2

22 maja 2011 |  Kuba 
Kategoria: Gry

W zeszły poniedziałek na sklepowe półki trafiła kontynuacja największego polskiego hitu z branży gier. W dzieło warszawskiego CDP Red Studio grali prawie wszyscy, nawet moja rodzona babcia upewniała się czy grałem w tego całego “Wiedźmina”. Grałem, podobał mi się (ale tylko trochę). Rzecz w tym, że grałem też już w Wiedźmina 2 i podoba mi się bardzo.

I od razu chwytliwy obrazek na przywitanie dla środowisk gejowskich, które użalają się w internecie, że nasz blog cyckami stoi.

Opowiem wam jak zawsze, od samego początku, byście mieli ciągłość fabularną mego niesamowitego żywota. Zaczęło się wszystko mniej więcej jeszcze w gimnazjum kiedy pierwsze klasowe metale z dumą w głosie opowiadały ile to książek fantasy przeczytali i jak bardzo czyni ich to “bardziej”. Ja może i bym nawet przeczytał tego Wiedźmina, bo lubię takie klimaty i w ogóle, ale nie chciałem dać satysfakcji sługusom ciemności.

Potem jeszcze zobaczyłem pół filmu o Wiedźminie (drugie pół płakałem) i pół odcinka serialu o Wiedźminie (drugie pół… zresztą – wiecie). I tak oto wystarczyło, by się do marki skutecznie zniechęcić. I oto przyszedł rok 2007, CD Projekt wypuścił swoje wielkie dzieło, ich marketing to spoko ziomki, więc o grze mówili dosłownie wszędzie, a na świecie ludzie zachwycali się, że w końcu dostali jakiś oldskulowy RPG nawiązujący nieco do Neverwinter Nights czy nawet Baldur’s Gate, a nie jakieś nowoczesne popłuczyny.

No i nadszedł czas na Wiedźmina 2. Zajarany jestem nieziemsko, bo CDP nieoficjalnie mówi już o wersji na konsole, choć oczywiście na PC wygląda to dużo lepiej (ale i kosztem całkiem niemałych wymagań sprzętowych). Wiedźmin napierdziela mieczem i trochę czaruje co jest oczywiście zawaliste w każdej grze komputerowej (kto normalny chciałby grać w grę, w której uczy się do sesji i odkurza?).

Jak wytresować smoka - to jest polska wersja

Wiedźmin 2 tradycyjnie będzie miał też te całe motywy z ziołolecznictwem, czyli możemy sobie biegać po świecie gry i zrywać roślinki, a potem przerabiać je na miksturki. Nie wiem jak wiele trzeba mieć wolnego czasu, żeby pitolić się z czymś takim, ale zawsze to miło, że pomyślano o ludziach, którzy w gry zawsze grają druidem, a zamiast nakurwiać fireballe, wolą wyczarowywać magiczne jagody.

Ponieważ ja już w Wiedźmina 2 trochę grałem, mogę śmiało powiedzieć, że jest super i kosi całą konkurencję, jaka w ostatnich latach pojawiła się na rynku. Dragon Age wygląda przy tym jak historia z pierwszej lepszej bajki dla małych dziewczynek, a Risen czy Gothic 4: Arcania na widok Wiedźmina 2 najchętniej pouciekałyby ze sklepowych półek.

Urzekła mnie fajna grafika, fajny system walki. Najbardziej podoba mi się jednak klimat, gdzie naprawdę czuć te fantastyczne trochę średniowieczne czasy. Na samym początku jest taka scena, gdzie Geralt (główny bohater) wspina się po schodach wielkiej wieży oblężniczej i rozmawia z królem Foltestem. Dochodzi do tego siarczysty język, gdzie nie brakuje bluzgów, ale i specyficznego humoru. Tutaj mógłbym napisać “typowego dla Sapkowskiego” i pewnie byłaby to nawet prawda, ale skoro już sprzedałem się, że nie czytałem książek, to chyba nie ma sensu dalej w to brnąć.

Pięciu na jednego, czterech na jednego, trzech na jednego, dwóch na jednego...

CD Projekt robi straszny hype na nowego Wiedźmina, tak w Polsce, jak i na świecie, ma też strasznie ambitne plany dotyczące sprzedaży. Od siebie polecam bardzo, zwłaszcza, że kupując wspieramy swoich, a i w większości sklepów cena oscyluje poniżej stówki co jest bardzo miłym ukłonem w kierunku Polaków w dobie coraz droższych gier.


Ale fajne te konsole

29 kwietnia 2011 |  Kuba 
Kategoria: Gry

Stało się, kupiłem sobie konsolę. Ostatni bastion pecetowości upadł, choć do tej pory kiedy już grałem, na moim laptopie śmiało można było usmażyć sobie jajecznicę (piszę to bez podtekstów, chociaż gdyby ktoś chciał się ich doszukiwać, to to też byłaby od biedy prawda).

Może powiecie mi, że jestem głupi, bo konsole są duże, więc nie zabiorę ich ze sobą do Starbucksa i nie mają takiego wielkiego logo Apple, dzięki któremu wszyscy widzieliby, że jestem bogaty (albo że będę swojego iPhone’a spłacał do czterdziestki, bo są i takie przypadki).

Ponieważ nie każdy lubi gry, w tej notce będziemy szukali kompromisu

Ktoś powie, że to wstyd, bo dorosły facet, co by nie mówić – ciacho (znajomi nie mogą się zdecydować czy bliżej mi do Clooneya czy do Di Caprio) – prawie ustatkowany, prawie wykształcony, prawie dojrzały emocjonalnie i gra w gry video. Ale face the facts, ten biznes ostatnio zarabia więcej od filmowego. Zresztą kiedy patrzę jakie były oscarowe nominacje w tym roku, wcale się temu przesadnie nie dziwię

Granie na PC znudziło mi się z kilku powodów. Jeszcze nigdy w historii, choć konto bankowe płakało rzewnymi łzami, nie kupiłem komputera, który byłby w stanie “pociągnąć” gry, które akurat pojawiały się na torrentach. Głupi żart. Oczywiście, że w sklepach. Zresztą wydawcy i tak wysyłają mi gry z własnej woli, bo są ciekawi co głos marki Cropp sądzi na ich temat.

Prawdziwym powodem był jednak fakt, że choć laptop trzymany na kolanach, ewentualnie na instytucji tzw. deseczki (to zadziwiające, ale w każdym domu znajdzie się jakaś luźna deska, idealna do położenia na nim laptopa) jest wygodny przez jakieś 30 minut, to nic, ale to nic nigdy nie zastąpi wygodnej sofy/fotela i wieeeeelkiego telewizora FULL HADE, a nie malutkiego ekranu monitora, na którym do końca nie wiemy czy właśnie zabijamy złego maga czy zgubioną w lesie wieśniaczkę (Matko Boska, jak tak sam czytam swoje słowa to coraz bardziej zastanawiam się w jakie ja gram gry!)

Ukłon w stronę fanów egzotyki

Teraz już wiem, że zwlekanie tyle lat było głupotą. Konsole są fajne! Wkładam płytkę z grą, a dziesięć sekund później łoję tyłek jakiemuś Norwegowi w Pro Evolution Soccer (otóż to, PES jest dla debeściaków, a FIFA… też obleci, ale mniej), ratuję planetę przed nalotem kosmitów albo zgłębiam tajniki miecza i magii. Wszystko popierdziela, grafika elegansio i jeszcze ecziwmenty, czyli idealny sposób jak z gry na 5 godzin zabawy zrobić nagle 40, bo gracz oficjalnie jej nie przejdzie póki nie uzbiera jakichś 50 pierdzielonych złotych kluczy.

Ale niestety konsole mają też swoje wady. Pierwsza wada to fakt, że dzień po tym jak koledzy dowiedzą się o nowym zakupie, zaczynają się swoiste pielgrzymki. To dziwne, bo każdy z nich albo już ma swoją konsolę, albo takową już widział. Nie zmienia to jednak faktu, że o godzinie 8.00 rano rozlega się dzwonek u drzwi, a kolega, który wyszedł od ciebie wczoraj o 23.00 wita się słowami “nudziło mi się samemu w domu, o, masz Gears of War!”.

Nie zapominamy też o Nintendo

To jeszcze nic. Prawdziwą zmorą są koledzy eksperci. Kiedy po ciężkim dniu picia Cherry Coke i zagryzania jej pizzą w końcu pragniesz zaznać odrobiny relaksu przed ukochaną konsolą, nagle zbierają się nad twoją głową i zaczynają dyskusję: CO JEST LEPSZE. Playstation 3 czy Xbox 360. Oczywiście zawsze musi się też trafić kolega oldskulowiec, który stwierdzi, że najlepsza i tak była Amiga i kolega imprezowicz, któremu nie przeszkadza, że jest 8.00 rano w niedzielę i ciągnie wszystkich na imprezę.

Koniec końców granie z kumplami zawsze uprawiane jest pod browarki, bo przecież nie przeforsujesz Cherry Coke w kilkuset latach tradycji, a od browarków już krótka droga do czegoś mocniejszego. I tak oto poranek znów rozpoczyna się od bólu głowy, a kto wygrał na konsoli – nikt niestety nie pamięta.


Jednorożce i inne Bubole.

16 kwietnia 2011 |  Julia 
Kategoria: Gry

Zakładam, że chodziliście, albo raczej wciąż chodzicie do szkoły. Mi też się zdarzyło, a jednymi z najwspanialszych chwil były słodkie  godziny spędzone w tzw ‘sali komputerowej’ z pudłami przypominającymi bardziej lodówkę, niż jakikolwiek monitor. Sala dzieliła się zwykle na dwie grupy, pierwsza przymuszona niefortunną geolokalizacją nawet nie próbowała udawać fascynacji nauką edycji tekstu w Wordzie. Druga grupa, która wiedziała gdzie usiąść, korzystała z dobrodziejstw szkolnego internetu, zapewniającego takie atrakcje jak Google ładujące się 10 minut. Jak internet miał lepsze dni, to nie było innej możliwości (poza wchodzeniem na czata 50+ lub tych z kategorii ‘erotyczne’), jak zabrać się za gry online. No ale ileż można tłuc w te same gierki, opierające się generalnie na tym samym. Nawet najbardziej wytrwały gracz może się znudzić.
Dlatego pomyślałam sobie, dlaczego by dla odmiany nie zaprezentować wam kolekcji nieco bardziej ożywczych gier? Oto moja ekskluzywna selekcja najbardziej pojechanych/ładnych/wciągających/po prostu głupich projektów. Delektujcie się.

QWOP

http://www.foddy.net/Athletics.html

Umiecie chodzić, nie?  Dopóki nie zagrałam w QWOP, też mi się wydawało, że czynność chodzenia jest tak prosta i oczywista. I w sumie jest, dopóki nie zaczniecie się zastanawiać nad tym, którego kulasa podnieść najpierw. Gdzieś w połowie pierwszego kroku pan w twarzowym czerwonym body wyląduje na tyłku. Wyzywam więc Was, przejdzie więcej niż 5 metrów nie łamiąc karku!

PS. W zestawie zamiast frytek dostajecie jeszcze GIRP, powodzenia. Nie wiem czy wspinanie się po skałkach w rzeczywistości nie jest przypadkiem łatwiejsze.

Mój rekord to 3 m. Yay!

Bubole

http://www.bubole.pl/

Trochę już zakurzona polska perełka. Bywały czasy, że lobby było pełne wielu dziwacznych buboli i może dzięki Wam drodzy czytelnicy czasy świetności Buboli powrócą znów. Poza tak umilającym życie bezsensownym waleniem w spację i jeszcze bardziej bezsensownym blokowaniem, która i tak nie działa, najwięcej frajdy sprawiają mi dźwięki wydawane paszczą autorów. Nikt jeszcze chyba nie stworzył tak fajnego projektu, na dobrą sprawę niczemu oprócz graniu nie służącemu. A jak się głębiej zastanowić to w sumie graniu też specjalnie nie służy. Ale czy komuś to przeszkadza? Bam!

mój nowy śliczny bubol

Hot Throttle

http://games.adultswim.com/hot-throttle-twitchy-online-game.html

Hot Throttle może zrobić kuku Waszym głowom. Tak, ta gra NAPRAWDĘ polega na ściganiu się nagimi kolesiami biegającymi na czworaka z wypiętymi tyłeczkami. Zapytacie dlaczego to robią? Są głęboko przekonani, że ich prawdziwa tożsamość to samochód wyścigowy.  Autorzy gry musieli chyba porządnie zaprawić się czystą benzyną, żeby wymyślić coś tak pojechanego. Najdziwniejsze w tym jest w sumie to, że Hot Throttle naprawdę jest grywalne. A więc 3, 2, 1… Bruuuuum Rmrurmm!

Robot Unicorn Attack

http://games.adultswim.com/robot-unicorn-attack-twitchy-online-game.html

Gra, której fenomen trudno wytłumaczyć. Coś w tym jednak musi być, skoro w chwili, kiedy to piszę na spełnienie swoich marzeń zdecydowało się 36 531 607 osób. Nie minie chwila, a sami będziecie w uniesieniu przemierzać bezkresne pola krainy fantazji, gdzie brokatowe delfiny spotykają się z fioletową trawą, zatapiając się w wiecznej harmonii. W rytmie hitu Erasure oczywiście, który by oszczędzić Wam szukania wklejam poniżej. Szerzcie dobro i sypcie brokat, kochani.

YouTube Preview Image

 


Engine