Wpisy autorstwa Kre

  • Nejm: Kre 
    Abałt: Nie mogę się pozbyć Action-Mana, a właściwie jego resztek, korpusu i jednej ręki. Gustuję w ekstremalnych niepoprawnościach, świństwach i amoralnościach. Kiedyś spróbuję zniszczyć ludzkość, ale jeszcze nie mam pomysłu jak. Kiedy tylko mogę drę mordę.

Giga tłuste wiksiarskie bity

5 listopada 2011 |  Kre 
Kategoria: Muzyka

YouTube Preview Image

Bez zbędnego pitu-pitu. Poszukiwania tłustości trwają od dawna, i, trzeba przyznać, jest ciężko. Nawet Hitler, przy całym swoim aparacie władzy nie mógł znaleźć wiksy z dobrym elektro. Dopiero legendarne już bąkers usytasysfakcjonowało Wodza i doprowadziło do Melanżu Ostatecznego. No ale ile można jechać na samych bąkersach?

Powołałem więc do życia Tajną Grupę Poszukiwaczy Pierdolnięcia. Wraz z zespołem składającym się z samych bezpartyjnych ekspertów (pozdrawiam Ciacha ;*), dokonaliśmy eksperckiej ekspertyzy. I mamy. Ale chcemy więcej! I, jako że to ma być tłustość ponad podziałami rasowymi i ideologicznymi, mamy w dupie dubstepy, dramy, progressive folk ambient i hemoroidy. Ma być proste, surowe elektro coś. Takie, że na początku jest lekkie la la la na na, potem ewentualnie chwilę cicho a potem BBBBZZZWWWWOOO BBBBBZZZZZWOOOBWOBWOB ŁIJUŁIJUŁIJU BZBZBZBZZZ. Albo coś podobnego. Będzie naprawdę fajnie i miło, jak podrzucicie coś na wzór. A to nasze propozycje:

1. The Bloody Beetroots & Steve Aoki – Warp 1.9

YouTube Preview Image

JAK TO MŁÓCI NIEMIŁOSIERNIE. Chyba mój faworyt. Powoduje, że uderzam głową w stół. Ale podświadomie wiem na pewno, że to stół wiksuje i rytmicznie domaga się kontaktu z moim czołem. Nosi go po prostu.

2. Bonde Do Role – Marina Gasolina (Crookers rmx)

YouTube Preview Image

Tę piosenkę cenię sobie przede wszystkim za głęboki tekst. MARINA AMFETAMINA MARINA GASOLINA AFRICA BOMBATAAA.  Ale jak człowieka w tłocznym, spoconym miejscu zarzuca na densflorze, to właśnie tego oczekuje. Siarczyście nisko spitchshifterowany bas przy dobrym nagłośnieniu dostosuje Wasze rytmy serc do muzyki. 4% ryzyka śmierci, a bez tego przecież nie ma zabawy!

3. Crookers – We are prostitutes

YouTube Preview Image

Bardziej fidgetowy rytm, mniej siary, ale też się nada z nawiązką. Niewytrwałe dziunie i dziuniowie (chciałem być nieszowinistyczny, ale chyba mi nie wyszło) padną na parkiet z przewiksowania. A to nie koniec, bo teraz z nienacka walnie hit klubowy prosto z Niemiec (tam to jest naprawdę, naprawdę popularne):

4. Frauenarzt & Manny Marc- DISCO POGO

YouTube Preview Image

Przy tym bawią się nawciągani Niemcy! W ramach współpracy unijno-ogólnomiędzynarodowo-pokojowo-integracyjnej też powinniśmy!

A kto zlinkuje najgroźniejszy kawałek tego typu, dostanie w prezencie… JAKIEŚ SPOKO COŚ! (Jeszcze nie wiem co, i czy w ogóle, bo nie konsultowałem tego z Jullem ani z nikim – no ale jak song go zmłóci to nie poskąpi, chill). Bo liczy się tylko pierdolnięcie!


Co nas tak jara w imageboardach?

1 listopada 2011 |  Kre 
Kategoria: Po bandzie

Kumacie, że nie ma na świecie osoby ani grupy osób, które umiałyby WYŁĄCZYĆ INTERNET? Autentycznie, zrobiono drugi świat, który nie przestanie istnieć dopóki będzie na świecie ileśtam kompów. Puchnie, rośnie, syfi, zastępuje doznania zewnętrzne. Skrajne nerdy nie wychodzą z domu, bo w Necie ciekawiej i mogą być w końcu Dzielnymi Bohaterami.

Jednak nie wszyscy aż tak się dali przekabacić. Z reguły oczekujemy tylko lekkostrawnej, szybkiej rozrywki dla zabicia czasu. Oczekiwania te ciągle się zmieniają, drastycznie i brutalnie. Dłużej trzymają się na fali tylko najbardziej pomysłowi autorzy serwisów i stron, którzy – jak to w konkurencji rynkowej – trafią celnie w trend i zaoferują coś ekstra. A i tak w końcu padają z hukiem. Grona, fotki, epulsy, nasze klasy i inne trelemorele zeżarł doszczętnie fejsbuk, któremu też wielu przepowiada zgon w niedługim czasie. Ale to akurat oczywiste i widać to jak na dłoni; ciekawe są za to te inne małe pączkujące miejsca, które w ostatnich latach wbiły się do rywalizacji o tytuł Pierwszego Mordercy Czasu. Wydawałoby się, że portale społecznościowe są nie do ruszenia w tym wyścigu, a tu zonk. Są miejsca, gdzie można się dobrze bawić godzinami, a nic nie robić poza przewijaniem ekranu! Raj dla leniwych! A wszystko zaczęło się w pojebanej Japonii…

Wyrafinowany, niepodważalny dowód na to, że Japonia jest pojebana.

Ewolucja zaczęła się od forów i textboardów. Pojawiła się w końcu możliwość dodania zdjęcia profilowego. Kiedy ułatwiono umieszczanie innych zdjęć, dyskusje toczyły się wokół nich. Jakiś cwaniak zwietrzył interes i zaczęła się lawina. Futaba Channel w Japonii i bazowany na nim 4chan wciąż działają w ten sposób i zdobyły wielką popularność (4chan jest przy okazji centrum całego zła na świecie w tej chwili). To na tego typu stronach powstaje większość memów i dziwnośmiesznych rzeczy, to one tak naprawdę nakręcają Internet w jego pełnej krasie.

Niedobór obrazków w forach obrazkowych ciągle cisnął i ciśnie jednak do przodu – i jednym z dzieci tej potrzeby stały się demotywatory. Nie mówię tylko o najpopularniejszej stronie w Polsce pod tą nazwą. Forma się wykrystalizowała już na starych memach, jak Lolcaty (dziwne zdjęcia z kotami + podpis). W polskich demotywatorach dyskusja pod plikiem też jeszcze niby jest, ale ma już zupełnie marginalny charakter i mało kto z niej korzysta. A pod obrazkiem raptem kilka słów. Za dużo? Jasne, że za dużo! I demotywatory też robią się przestarzałe. Skupię się głównie na stronie, która teraz wiedzie prym popularności i zabrała demotywatorom większość “elektoratu”. Dość świeża, a w błyskawicznym tempie zawojowała Sieć i zaoferowała póki co najprzystępniejszą opcję wymiany obrazów. Kwejk.pl.

Losowy obrazek, żeby nie było za dużo tekstu i w ogóle

Uproszczona do bólu. Możliwość zamieszczenia opinii usunięta. Tylko obrazki i dzielenie się nimi na fejsie. Od śmiesznych, przez ładne, szydercze, hejterskie, po depresyjne. Wydawałoby się, że to tak proste i oczywiste, że powinno być już dawno, przed potopem. A to się dopiero rodzi. Jest jednak kwejk bardzo luźny i nieposegregowany; ląduje tam wszystko. Czasem sam tekst, czasem sam obrazek. Więc kiedy on się znudzi, proces pójdzie dalej w kierunku selekcji. Już teraz dla wielu “nie jest taki jak był kiedyś”. Jasne, że nie jest, bo wraz z popularyzacją zawsze ląduje więcej randomu i syfu. Plus jest taki, że to zadowala dwustronnie. Aktywni wrzucając tam cokolwiek interesującego mają pewność dotarcia do tysięcy ludzi choć na sekundę. Inni, mniej ekshibicjonistyczni, wchodzą nawet na kilka godzin dziennie się rozejrzeć i dają dalej nura w sieć. Czego szukamy i oczekujemy w takim nowym kociołku?

Jeden z najczęściej lajkowanych obrazków na Kwejku

Jest to między innymi hydepark niezłego humoru, i głównie tego się tam szuka. Ale jest drugie denko, naprawdę zastanawiające. Setki, setki ludzi szukających ZROZUMIENIA. I potwierdzenia, że nie są sami w swoich odczuciach, stresach, lękach i złościach. Ostatnio się od tego roi, a zaczęło się jeszcze na demotach, wraz z tekstami a’la “to uczucie gdy”. W końcu ludzie się połapali jakie to lamerskie i zjechali to od góry do dołu. Moim osobistym faworytem było zdjęcie bidonu z podpisem “to uczucie, gdy chcesz się napić wody, a w bidonie masz gówno”. Niektórzy poszli nawet krok dalej.

Szydera z szydery :)

To nie powstrzyma lawiny. Na Kwejku “lajki” zbierają rzeczy, które dla wielu osób są wspólnym przeżyciem, jak obrazki “i love chocolate” czy jakieś milusińskie kotki. Wrzucający się cieszy, że Sieć współodczuwa z nim. Sieć się cieszy, że Sieć się cieszy. Albo inny przykład – frustracje polskich nastolatków którzy nie mogą się dogadać z mamami wylewane na stronie Komixxy (jak ten: http://komixxy.pl/988639/Wyjazd-na-narty) . Ujęte humorystycznie, ale znane tysiącom osób o podobnych problemach, i głównie dlatego tak popularne w danej grupie. Widzę to sam po sobie, miałem kilka takich nonsensownych rozmów. A groteska i autoironia zakrywa łzy rozpaczy!

No dobra, przeginam z tą rozpaczą. Co nie zmienia faktu, że oprócz beki, strony wyżej wymienione pozwalają nam odnaleźć zapewnienie, że nie jesteśmy sami, dają nam poczucie akceptacji. Autostymulacja! Fuck yeah! Ciekawe, jak uspokajać się będziemy za kilka lat?


Naukowy kącik miłośników zwierząt: Lamy

21 czerwca 2011 |  Kre 
Kategoria: Życiowe

Zamiast pisać o pierdołach i pajacować, dziś postanowiłem ucyliwizować się i dojrzeć. W końcu ile można ogłupiać siebie i innych? Zabrałem się więc do intensywnych studiów zoobotanicznych, przemierzyłem góry i doliny, zjadłem kilo chilli w Chile i przepłynąłem wzdłuż Amazonkę (faktycznie nie ma cycków). Po wielomiesięcznej pieszej wędrówce pod górkę boso dotarłem wycieńczony do południowoamerykańskiej tajgi strefy równikowej i odnalazłem w dżungli cel swej podróży: prawdziwe, majestatyczne, legendarne stado Lam (z szacunku do tych półboskich stworzeń używam majuskuły). Zaopatrzyłem się przezornie w fachową literaturę naukową z obrazkami, by upewnić się, że je poznam. Musiałem sprawdzić, czy wiadomości co do ich zwyczajów, tańców godowych czy umiejętności gwizdania są prawdziwe, czy też należą do sfery mitów. Zabezpieczyłem się dobrze, gdyż wiedziałem, że potrafią być niebezpieczne. Dla dobra nauki byłem jednak zdecydowany i zdeterminowany. Efekt wyprawy przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Dziś wiem już wszystko. Pobawię się więc w MythBustera i podzielę się z Wami moimi odkryciami, rozwieję wszelkie wątpliwości.

indywidualista

Lama (Lama glama – łac.) to bliski krewny dzikiej owcy (ovis ammon – łac.) zgodnie z relacją słynnego podróżnika Simona Bolivara z 1796 r., który odkrył je dla europejskiego kręgu kulturowego. Bolivar, bazując na swojej rozległej wiedzy i spostrzeżeniach co do budowy zewnętrznej Lam, początkowo zaklasyfikował je jako podgatunek owcy. Głównym tropem którym się kierował była wełna (lana – łac.). Jako zapalony darwinista nie poprzestał na powierzchownej obserwacji. W miarę możliwości zanalizował ich cechy anatomiczne, które pozwoliły im na przetrwanie w trudnym środowisku. Jako że sam wszystkiego doświadczyłem jego tropem, muszę przyznać, że był to umysł światły. Jak na skromne warunki badawcze tamtych czasów wykonał kawał dobrej roboty, a większość jego obserwacji była niezwykle trafna. Powołując się na jego autorytet naukowy, przytoczę kilka tez i schematów Bolivara w sosie moich odkryć.

1 Uszy - 2 Głowa - 3 Kłąb - 4 Grzbiet - 5 Biodra - 6 Zad - 7 Podstawa ogona - 8 Ogon - 9 Pośladki - 10 Staw skokowy - 11 Gruczoły śródstopia - 12 Kopyta - 13 Kość rysikowa - 14 Łydka - 15 Krocze - 16 Bok - 17 Tułów - 18 Łokieć - 19, 20 Pęcina - 21 Kolano - 22 Klatka piersiowa - 23 Przegub gardłowy - 24 Bark - 25 Gardło - 26 Policzek lub szczęka - 27 Pysk 28 - Poroże

Lamy, jak widać na powyższej rycinie naukowej, oprócz wełny szczycą się potężnym porożem, bez którego nie byłyby w stanie zdobywać pożywienia. Samce gatunku, jak często spotyka się w naturze, toczą za jego pomocą drastyczne walki w okresie tarła. Ciekawostką jest, że nie robią tego tylko dla pokrycia najdorodniejszej samicy; zwycięzca doznaje czegoś w stylu ceremonii. Tutaj tkwi sekret plucia - samiec alfa staje pośród stada, które go masowo opluwa, a następnie wszystkie Lamy zaczynają gwizdać. Doprawdy, TAKIEGO przeżycia nie miałem okazji doznać i pewnie już nie doznam. Kilka tysięcy Lam na kilka głosów, tworząc perfekcyjne harmonie, wygwizduje melodię do złudzenia przypominającą bogurodzicę. Wiem, że raptem garstka ludzi doświadczyła tego w swoim życiu, a jednym z nich był Oscar Wilde, który tak ekstatycznie opisuje swoje doznania: “Dawniej sądziłem, że wdzięczność to ciężkie brzemię. Teraz wiem, że to coś, dzięki czemu serce nabiera lekkości.”

Ja z oswojoną lamą pozbawioną poroża

Co więcej, Lamy, jako iż nie posiadają w swoim ekosystemie naturalnych wrogów na przyzwoitym poziomie, często same stanowią zagrożenie dla innych gatunków. W szczególności dają się we znaki lokalnym, bogobojnym farmerom, pustosząc ich plantacje. Na nic zdają się też środki zapobiegawcze, takie jak druty kolczaste czy psy pasterskie chroniące bydło. Liczni naukowcy utożsamiają tajemnicze ataki El Chupacabry z działalnością rozjuszonych Lam. Badania zdają się potwierdzać to stanowisko.

Typowa ofiara Chupacabry (Lamy). Na zdjęciu koza (capra hircus - łac.)

Kłamstwem natomiast są ich tańce godowe, czy w ogóle jakiekolwiek poczucie rytmu. Puszczałem im z kryjówki najtłustsze bity jakie tylko znalazłem, od minimali po hardstyle. Niektóre osobniki usiłowały się kołysać, ale z miernym efektem, potykały się o własne nogi i przewracały. Mimo całego szacunku dla Bolivara, w tej materii chyba dał się facet ponieść fantazji. To totalna bzdura.

Wewnętrznie czuję, że moje studia i wędrówka nie poszły na marne. Cieszę się, że mogłem choć trochę przybliżyć Wam zwyczaje tych niezwykłych stworzeń. W najbliższym czasie zamierzam wystąpić z serią wykładów uniwersyteckich na temat Lam. Są warte bliższego poznania, a natura kolejny raz udowadnia, że jeszcze nie raz nas zadziwi.

Kre :) .


Świństwo nad świństwami – PORNGRIND!

7 czerwca 2011 |  Kre 
Kategoria: Po bandzie

YouTube Preview Image

To musiało się w końcu stać.  W każdej formie Sztuki Wyższej lub przedstawień piękna, tego obcowania z bóstwami i paplania się w eterze (od)bytu, trzeba przekraczać kolejne granice by móc dalej szokować. Nasi pradziadowie dostawali drgawek od widoku fragmentu kobiecej łydki, my widzimy cycki na prawie każdym billboardzie i blogu (ahihihi :) ). Świat pędzi do przodu, muszę więc zaryzykować tezę, że naszym wnukom do podniety będzie potrzeba przynajmniej roznegliżowanych damskich jelit. Opcjonalnie kawałka wątroby. Nie wszystkie aspekty życia jednak gnają w tym samym tempie – przykładowo muzyka już teraz osiągnęła nieunikniony poziom ześwińszczenia. Oczywiście nie cała – wciąż są chlubne wyjątki, takie jak Mozart. A nie, on nie żyje.

Mógłbym zacząć od tradycyjnego już pojazdu po nagości w teledyskach popowych czy rapowych, ale to raptem schodek; przejdźmy do sedna! Szczątkowa cenzura nie jest jeszcze na nich gotowa i nie dopuszcza do mainstreamu, ale to tylko kwestia czasu. Jest to jednak dowód, że wykonawcy tego ahjakwdzięcznego gatunku – PORNGRINDU - wyprzedzają swoją epokę, co zawsze było domeną geniuszów.

Czym jest porngrind? Jednym z najbardziej ekstremalnych gatunków muzycznych. Podgatunkiem grindcore’u (nieludzko ostry miks metalu z punkiem). Cały urok porngrindu tkwi – uwaga – w tematyce! (a to niespodzianka ;p), tekstach, a także tym, że w najmniejszym stopniu nie da się ich zrozumieć. A to przez dość specyficzny wokal, który z reguły brzmi jak zarzynany dzik lub gulgotanie wody przy spuszczaniu w toalecie (pig squeal – growl się chowa). Całość tworzy tak komiczno-fantastyczną mieszankę, że naturalne stały się angaże gwiazd popkultury:

YouTube Preview Image

O rosnącym zasięgu wpływów porngrindu świadczą też imprezy ludowe, na których w niepamięć poszły “jesteś szalona” czy majtsy w croppsy i króluje nowy pan i władca:

YouTube Preview Image YouTube Preview Image

Żeby nie pozostać gołosłownym, podam po prostu kilka kuriozalnych przykładów nazw zespołów grindcore’owych i porngrindowych. Nie wymagają komentarza ani tłumaczenia chyba:

Cock and ball torture,  Anal vaginator, Anal cunt, Preschool tea party massacre, Terri Schiavo bukkake party, Porn flakes, Maggot filled asshole, Paracoccidioidomicosisproctitisarcomucosis, Cocktopus, The cuntshakes, Accidental decapitation through masturbation, May i offer you a sandwich, Super fun happy slide (ostatnia nazwa rozbroiła mnie totalnie)

… i wybrane tytuły piosenek C&B torture:

Panda penis, Koala cunt, Where girls learn to piss on command, Anna’n'ass, Juicy Lucy, Lesbian duo dildo fuck, Fist fuck family, Big tit slappers, Torture’lini ball’o'nese…

Delikatnie mówiąc dość bezkompromisowe, prawda? Ale przynajmniej nikt się nie patyczkuje i nie udaje, że nie wie czym jest albo że przyprawia go o mdłości podwójne lesbijskie dildo. Śpiewają o tym. Moi drodzy, ci twórcy to po prostu otwarci i szczerzy ludzie, na których nasz zakłamany świat nie jest gotów. Nie są jakimiś zmanierowanymi metalami, których cały “true’izm” (all truism?) ogranicza się do stania w lesie i robienia głupich min. Przeskoczyli susem-perwusem do kolejnej epoki. Nie możemy stać bezczynnie, musimy ich nadgonić. Na początek sugeruję naukę kwiczenia. Potem możecie narzygać sobie na klatę i przelecieć jakąś pandę. Wtedy już nic Was nie powstrzyma.


Wujka Google wyszukiwania najczęstsze vol. 2

24 maja 2011 |  Kre 
Kategoria: Wyszperane

Lecimy z kilkoma nowymi przykładami ubijaczek do ziemniaczków, które robią mi puree z mózgu (swoją drogą puree jest spoko, nie? ;p). W rolach głównych nasi drodzy rodacy we współpracy z Googlami. Dzisiaj trochę o orgazmach inflacyjnych, komorach bimbrowych, expieniu, porwaniach w sieci (parszywy spider-man!), a także liźniemy nieco kiły i rzeżączki. Ble, fuj.

1. Czemu cukier?!

Mania ceny cukru sięga zenitu. Cztery z dziesięciu podpowiedzi do słowa „czemu” dotyczą cen białego, w różnych konfiguracjach.  Złość jest oczywiście uzasadniona, z tym że drożeje wszystko, a inflacja zżera nam portfele. Cukier stał się jednak symbolem, jest przecież taki sypki i medialny. Wyniki Google to dowód, że ludzi ogarnęła panika kosztów. Coś z tym trzeba zrobić! Proponuję krwawą rewolucję.

Ostatnie miejsce na liście należy do zrozpaczonych kobiet bez orgazmów. Logika nakazuje – praktyka, eksperymenty, praktyka, w ostateczności lekarz. Mam nadzieję, że w dzikim Internecie też zdołały uzyskać „fachową” pomoc.

2. Lek. Med. Komornik & Bimber

Medycyna rozdrobniła się na dziesiątki specjalizacji, w których pokręconych nazwach ludzie się już gubią. Jak już sami zdiagnozują, że coś im dolega – to na Google wykonują krok drugi, ustalając, co to jest i do kogo z tym iść. Pośród tych licznych specjalistów pojawił się też komornik. Po prostu nie wiadomo, z czym do niego iść. Z tego, co wiem, to on sam do nas przychodzi i raczej sam wybiera, z czym wyjdzie. Gdyby to wyszukanie dawało jakiś sensowny rezultat, to może dałoby się ustalić sens. Wyszukują się tylko definicje słowa „komornik”. Jedyną opcją, która przychodzi mi do głowy, jest jakieś… zdobycie przyjaźni kontrahenta! Internauci wahają się, czy lepiej przekupić go czystą, może jakimś koniaczkiem, czy lepiej Whisky…?

W czołówce znalazło się też zapytanie „z czym dobrać bimber”. Brak trafnych rezultatów na to pytanie, cokolwiek autorzy mieli na myśli. To może z kotem?

3. Ale w co?

Expienie rzecz trudna i żmudna. Szczególnie, kiedy nie wiemy, gdzie to robić. Najłatwiej więc wpisać z googlach, dowiemy się raz-dwa. Nie podając nazwy gry. Chociaż teraz tak sobie myślę… może chodzi o to całe dziwactwo, Real Life? Może ktoś szuka stażu? Chciałby zostać praktykantem lub czeladnikiem? Hmmm…

4. Ogłoszenia kidnaperów

Sytuacja: porwali nam dziecko, zgłosiliśmy to na policję, wynajęliśmy detektywów. Tygodnie mijają, nie ma wieści. Co robimy? Wpisujemy w Google „gdzie jest moje dziecko”! Podając tak precyzyjne dane swoje i dziecka jak wyżej, znajdziemy je w mgnieniu oka. Szukałem, sprawdzałem… to nie jest żadna nazwa filmu, serialu ani książki. Kolejne profesjonalne zapytanie.

10. Seks w Ameryce

Dwa pierwsze zaznaczenia to naprawdę konkretne pytania. Tak boleśnie konkretne, że nierealne się wydaje że są w czołówce najczęstszych wyszukiwań (poza tym pod słowem “ekosystem” tak profesjonalnie wyszedł mi zarys północnych granic Polski (niechcący), że musiałem to wstawić). Jednak to, że tak zastanawia nas najbardziej rozpowszechniona choroba weneryczna w USA przyprawia mnie o schizofrenię. KTO TO WPISUJE?!

Jak znajdziecie coś jeszcze piszcie śmiało!

Pozdro, Kre!


Engine