Wpisy autorstwa Kokolina

  • Nejm: Kokolina 
    Abałt: Lubię kiedy ludzie z pracy, zostają w niej dłużej, tylko po to, aby poczekać na mnie i, abyśmy wspólnie przez dwa przystanki, mogli przejechać się tramwajem. Lubię gustowne papiery toaletowe (najlepiej z wytłoczonymi motylkami), a poza tym lubię pisać, co również robię na swoim blogu kokolina.wordpress.com

Dziś artystą może być każdy

7 maja 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Wraz z mijającym Street Art Festiwalem w Katowicach, zastanawiam się co tak naprawdę zasługuje dziś na miano sztuki (czapki z głów moi mili, dziś będzie na poważnie, w końcu śmieszne filmiki na Youtube nie stanowią dla nas jedynej strawy dla duszy, mówiąc krótko: nie samym mięsnym jeżem żyje człowiek). Współczesna sztuka przyjęła zasadę, że artystą może być każdy…

Jak każdy, to każdy. Kokolina na szezlongu, autoportret 2011, Nowy Jork, Metropolita Museum of Art; wycinanka, kolaż.

Nie ma przecież na świecie człowieka, który nie potrafiłby stworzyć kawałka brązowej papki utopionej  w porcelanowej muszli. A przecież to już coś! Można by zwołać ludzi, porobić jakieś zaproszenia, nagłośnić sprawę medialnie i już byśmy mieli niezły performance: człowieka srającego publicznie.

Współczesna sztuka nie musi być estetyczna, nie musi wzbudzać zachwytu u odbiorcy. Przede wszystkim ma być jakaś, wskazane jest wręcz, aby szokowała, skłaniała do refleksji, odrażała. Przykładowo taka defekacja, do której dołączymy odpowiednią filozofię, może stać się źródłem katharsis, majestatycznego uniesienia. Cała misterna konstrukcja ideowa, cały koncept, w który autor zapakuje gówno, może sprawić, że stwierdzimy: „to jest całkiem dobre gówno, wchodzę w to”.

Skoro przywiązywanie psa do ściany i jego powolne konanie  z głodu na oczach widzów (kupujących bilety!) nazywa się „aktem artystycznym” to proponuję akcję flashmob wokół Pałacu Kultury: tym samym znów jako naród zasłyniemy czymś błyskotliwym w księdze rekordów Guinessa, tym razem największą ilością ludzi srających publicznie.

Nie naśmiewam się, próbuję jedynie odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończy się cienka granica, po której przekroczeniu stajemy się odhumanizowani, podczas gdy pierwotną naszą cechą bycia homo sapiens jest zdolność do tworzenia.

Koparka odziana w włóczkę. Pierwsza reakcja? Zdziwienie, uśmiech i pytanie: what the fuck?!

Czasy tworzenia wiekopomnych dzieł minęły, dziś liczy się pomysł, tworzy się na szybko, dużo i byle jak. Swoją drogą, aby coś zasłużyło na miano (arcy)dzieła, potrzebny jest czas, ale nie wydaje mi się, aby za kilkadziesiąt lat, to co robi się dziś, zostało mocno zapamiętane. Bo właściwie wszystko już było, każdy mówi  o tym samym, ale w inny sposób (dobra, trochę to spłycam, ale ręka do góry, jeśli ktoś nie zgadza się z tym, że sztuka i artyzm to pojęcia, które mocno się zdewaluowały).

Street Art Festiwal to genialna inicjatywa, bo przede wszystkim aktywizuje społecznie, takie imprezy są miastu potrzebne. Jeśli kilka lat temu graffiti było uznawane za akt wandalizmu, a dziś organizuje się z jego tworzenia warsztaty, na ścianach utalentowani ludzie malują murale, a władze miasta to popierają, to uważam to za duży krok naprzód.

Mural? Jesteśmy na TAK!

Współczesna sztuka to przede wszystkim wolność. Wolność wyrażania myśli, własnej ekspresji, możliwości interpretacji. Na szczęście koparka, do której się tak przyczepiłam, nie sprawi, że poczuję się oszukana jak chociażby w polskim kinie. Nie stanę na środku sali jak buc i nie zacznę krzyczeć domagając się zwrotu kasy za bilet. Mam możliwości wyboru. I zwyczajnie fajniej się żyje, mając tę możliwość.

A jeszcze fajniej, kiedy o swoim mieście nie można powiedzieć, że jest nudne, bo nic się w nim nie dzieje. A w Maju? Kolejne atrakcje, mnóstwo koncertów no i oczywiście Festiwal Filmów Kultowych, na którym także będziemy. Macie gwarancję, że na tej imprezie nie będzie Wam towarzyszyło wrażenie, że twórca ma Was za kretyna; nikt nie zrobi Was w trąbę, nie będzie urągał Waszemu intelektowi. Z współczesną sztuką mogłoby być podobnie.


O czym świadczy Twój opis na GG?

20 marca 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Twój opis na Gadu Gadu może świadczyć przede wszystkim o tym, że jesteś mało rozgarniętym noobem, ponieważ dziś nawet przedszkolak wie, że używanie tego komunikatora jest full lame (swoją drogą, czy Was też wkurzają zapożyczenia anglojęzyczne?). Podobna sytuacja ma miejsce  z przeglądarką Explorer: wszyscy z niej szydzą, choć ze świecą w ręku można by szukać tych, którzy wiedzą tak naprawdę czemu.

Ja także śmieję się z innych, podczas gdy moje opisy na gadu stanowią najczęściej linki do kawałków, które wydają mi  się być dobre.  Ale bądźmy szczerzy. Kogo to naprawdę obchodzi?
Tak samo jak z opowieściami o alkoholowych libacjach: drażnią nas, śmieszą, wzbudzają litość, ale jak przychodzi co do czego, sami wspominamy wczorajszą imprezę od słów “stary, ale się najeeeeeeeebaaaałeeem”. Doprawdy, czyn godny chwalenia, gratuluję i pozdrawiam. Bo tak naprawdę z kogo się śmiejemy, jeśli nie z nas samych? Ręka do góry, jeśli ktoś z Was, nigdy nie skompromitował się opisem:

:*:*:* KC

Jesteś zakochany. Zajebiście. Ale, czy trzeba tak od razu ostentacyjnie? Wsadzać język partnerowi w autobusie, ciągnąć faceta na zakupy, wystawać jak jełop ze zwiędniętym wiechciem na peronie, skreczować po szybie  i w końcu, ustawiać sobie tak obciachowe opisy? Szczytem żenady są te  ustawiane po rozstaniach, mające posłużyć  jako dowód naszej szybkiej serduszkowej rekonwalescencji. Wytłumaczcie mi, co tak fajnego jest w próbie przekonania ukochanego jeszcze wczoraj człowieka, że dziś mamy go centralnie w dupie, bo właśnie znaleźliśmy sobie plaster na nasze rany w postaci nowej miłości. Czegoś tu chyba nie rozumiem.

Z Misiaczkami w LoRneCcie. Będzie się działo!

Mam wrażenie, że ludzie ustawiający sobie takie opisy, tak rzadko wychodzą z domu, że ilekroć im się to zdarzy, czyn odnotowują jako godny pochwalenia. Później ci sami raczą nas jakimiś sześćdziesięcioma zdjęciami z owych imprez, które różnią się jedynie ilością sałatki warzywnej na stole.

Się działo!

Dodatkowo bardzo często posiadają na fejsie kilkanaście folderów tematycznych, które przedstawiają ich w tych samych ujęciach, w takich samych pozach, przy czym inny jest tylko kolor ich bluzki. No i rzecz jasna, ilość wypitego alkoholu: im więcej, tym lepiej. W tych kręgach, nie wiedzieć czemu, ludzie lubują się w fotografowaniu spożytych napojów wyskokowych:  wszystkie znalezione przez nich butelki i puszki koniecznie muszą znaleźć się na zdjęciu.

Było cudownie Skarbuniuuuu

Patrz punkt wyżej. Z tą różnicą, że w tym przypadku nie bierzemy pod uwagę wyjść  z domu, a jedynie ilość (s)ekscesów,  z którymi koniecznie autor opisu, chce się z nami podzielić. Nigdy nie wiem, jak mam się w takiej sytuacji zachować. Powinszować? Zaproponować jakiś lubrykant?

Życie jest jak róża z kolcami

A jeśli się narodziłeś, oznacza to, że kiedyś umrzesz. Łał. Głębia cytatów a’la Paulo Coelho jest niczym metafora “w pustej szklance pomarańczy” niejakiego Piotra K. Aforyzmy, złote sentencje i cytaty mogą stać się naszym mottem życiowym i właściwie, to bardzo fajne, pod warunkiem, że dowiadujemy się z nich czegoś więcej niż to, że życie jest trudne, a miłość choć ciężka,  piękna. Fakt, że cytujemy czyjeś słowa, samo przez się, nasuwa jakby myśl, że nie odkryliśmy Ameryki własnej, że przed nami byli inni, którzy  na to wpadli i naprawdę, trzeba pogodzić się z tym, że nasi znajomi najprawdopodobniej również zaliczają się do grona ludzi, którzy też to wiedzą.

Poważna lektura na otarcie łez

==> o

Ależ jesteś zabawny(.)(.) Twój doborowy żart zachwyca mnie, jestem pod wrażeniem, spadłam z krzesła, zadławiłam się śliną i turlam po podłodze.

Egipt 2012

No naprawdę, gdybyś mi nie napisał roku, to w ogóle bym się nie zorientowała jaki akurat mamy. Dlaczego ludzie chwalą się tylko wakacjami za granicą? A czy wieś u babci Zofii, nie zasługuje już na szacunek? Czy wyjazd do Zbrosławic, nie jest powodem do dumy? Czy tylko jadąc za granicę można czuć się lepszym? Fuck, przecież to żałosne.
PS Jeśli ktoś broni nadawcę tego komunikatu twierdząc, że ten chciał dać znak o swojej nieobecności, to ja się kurna pytam. Prościej się nie dało? Po prostu “poza zasięgiem”, “na wakacjach”, “jesteście lamusami, bo kiedy ja grzeję dupkę, wy wynosicie wodę z waszych zalanych domów”. Jeśli masz w sobie trochę wstydu- oszczędź sobie i innym przykrości. Być może w towarzystwie twoich znajomych są ludzie, których zwyczajnie nie stać na wakacje i, którym będzie głupio,  jeśli na zadane pytanie “gdzie byłeś na wakacjach”, nie będą Ci mieli co odpowiedzieć.

Ooo, sometimes I get a feeling

Znasz angielski. Zajebiście. Może by tak jednak do CV? Albo za granicę?

Popacz tam kfiat, a tam majonez

Masz poczucie humoru (albo chorobę psychiczną). Też fajnie.

Spoglądając na opisy niektórych znajomych z zakładki “stare”, zastanawiam się, czy cofnęli się w rozwoju, czy zawsze byli niespełna rozumu. Być może człowiek dojrzał, świat się zmienił, a oni utkwili gdzieś w przeszłości, nadal naiwnie wierząc, że świat kręci się wokół nich. Jakim trzeba być egocentrykiem, aby wierzyć, że nasz nic nie wnoszący, nie posiadający w sobie ani grama informacji opis, może kogokolwiek zainteresować. Bo chyba taki mają cel opisy? Informacyjny? No chyba, że coś przeoczyłam.

[*]


Wszyscy jesteśmy hipokrytami

1 marca 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Szydera

Lojalnie uprzedzam: to nie jest post dla ludzi o słabych nerwach. Jeśli na sam dźwięk słowa “kupa” masz ochotę zwrócić śniadanie, nie czytaj tej notki. Albo zrób to i zastanów się na ile sam jesteś hipokrytą.
Bo czy jest coś do czego nigdy byś się nie przyznał? Z pewnością regularnie wykonujesz pewne czynności, które w towarzystwie komentujesz jako odrażające. A przecież trudno uwierzyć, że nie tyczą się one również Ciebie.

SIKANIE POD PRYSZNICEM

Iza Miko nie odkryła Ameryki. Szczytem hipokryzji odznaczyła się po jej wypowiedzi prasa brukowa, która zszokowana, przytaczała incydent z “sikaniem pod prysznicem” jako niestosowny i niesmaczny. A przecież to zachowanie nie tylko można nazwać proekologicznym, co przede wszystkim nader praktycznym. Bo któż z nas, chociaż raz nie pozwolił złocistej cieczy, polać się po naszych nogach, wprost do spływu kanalizacyjnego (nasilenie zniesmaczenia po przeczytaniu tego zdania jest wprost proporcjonalne do bycia hipokrytą). No nie uwierzę, że wy drogie dzieci, ilekroć namydlicie swoje ciała, kiedy właśnie najdzie was potrzeba, ochoczo wyskakujecie spod prysznica, wycieracie się grzecznie w ręcznik, nierzadko udajecie do innego pomieszczenia, tam załatwicie swoją potrzebę, po czym wracacie pod prysznic, aby całą procedurę zacząć od nowa.

Sikanie pod prysznicem to także wspaniała okazja do wspólnych zabaw i towarzyskich pląsów.

DŁUBANIE W NOSIE

Potrzeba oddania się tej mało pożytecznej, ale jakże przyjemnej przecie chwilce zapomnienia, dopada nawet najlepszych.

om nom nom

Przy odrobinie szczęścia można pstryknąć fotkę, co w przypadku naszych rodzimych gwiazd, skutkuje sklejeniem newsu o ogromnej sile rażenia. Bo musicie przyznać, że jakby taka Cichopek dłubała w nosie, to właściwie nic takiego, jednak jeśli w nosie dłubie Pattison, to już jednak coś.

WĄCHANIE PACH/ NÓG/ KROCZA

Należałoby dodać: swoich (być może jesteśmy hipokrytami, ale masochistycznymi fetyszystami już nie). Nie znam dziewczyny, która bez cienia zażenowania, po całodziennym łażeniu po górach, entuzjastycznie krzyknęłaby: “ale mi śmierdzą stopy!” Natomiast jeśli o kolegów chodzi, mam takiego,  który dzieląc się tą informacją nawet na fejsbukowej tablicy, zbiera lajki i liczne komentarze pełne uznania i aprobaty.

Żeby nie było, że ściemniam.

Smród to właściwie mocno krępująca sprawa.

Choć są i tacy, dla których może to być powód do dumy;)

W towarzystwie pojawia się pytanie: od kogo tak śmierdzi? Ktoś ściąga buty, smród wali w nozdrza, ale siedzą wszyscy elegancko w smrodzie, niestrudzeni, niezrażeni, chichoczą, uśmiechają się i chociaż wszystkim śmierdzi jednakowo, tak jednak nikt nie przyzna się, że śmierdzi. I sami powiedzcie: czy to jest mądre? Czy to właśnie nie jest hipokryzja? Czy my w ogóle jesteśmy Homo Sapiens? Tak przy okazji:

YouTube Preview Image

W tym miejscu pragnę zatrzymać się trochę dłużej i płynnie przejść do punktu następnego, kwestii niezwykle wstydliwej, zwłaszcza jeśli przysłuchać się reklamom, o stopach będzie również, bowiem na arenę wchodzi

GRZYBICA

Zawodowa choroba górników, czy osób często korzystających z gumowych rękawic. Niezwykle przykra i trudna w leczeniu, często atakująca cały nasz układ po antybiotykoterapii. Dla opinii publicznej? Kolejny temat tabu. Kolejny powód, aby prosząc w aptece o lek, ściszyć głos i mówić szeptem. Ok, posiadanie grzybicy być może nie jest powodem do dumy i kupując maść “na grzyba” nie będziemy dumni jak podczas kupowania swoich pierwszych w życiu prezerwatyw, czy pigułek antykoncepcyjnych, ale po co właściwie robić sobie sztuczne problemy i udawać, że tematu nie ma? Żebyście widzieli oburzenie klientek, którym ściągałam tipsy z odchodzącej już, zielonej płytki paznokciowej. “Pani oszalała”, “pani się nie zna”. Cóż, syndrom kobiety z popsutymi zębami, pomalowanymi pomadką od Diora, to temat na oddzielną dyskusję. W każdym razie pamiętajcie: “grzyb” to sprawa wstydliwa szczególnie dla ludzi, dla których antyperspirant to czarna magia. Dla całej reszty to choroba jak każda inna (podobnie jak hemoroidy, czy “popuszczenie kleksa”, które już sobie daruję, jest to bowiem wkraczanie na ŚLISKIE tematy).

Kwestię wąchania pach i krocza ominęłam celowo. Jeśli o mnie chodzi, nie chciałabym rozebrać się przed facetem, nie sprawdziwszy uprzednio dyskretnie, czy wszystko w porządku. Jeśli Wy tego nie robicie: gratuluję odwagi.

Swoją drogą: czy nie kusiło was nigdy, aby zapytać rozmówcę na gg, co robił kiedy napisał do nas uprzednio “zw”? Następnym razem spytajcie, a zapewniam was, że on także okaże się kłamliwym hipokrytą.


Dziewczyny górą! cz.1

21 lutego 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Wyszperane

Zdecydowaną większość dziewczyn odbieram mniej więcej tak:

Moją pasją i hobby są kosmetyki, ciuchy oraz zdobienie paznokci.

Z przerażeniem obserwuję jak niewiele dziewczyn ma zainteresowania jakieś inne poza chęcią osiągnięcia dobrej prezencji. Z masą moich znajomych po prostu nie da się porozmawiać na tematy inne niż: faceci/ związki/ kosmetyki/ ciuchy (niepotrzebne skreślić). Podobną tendencję obserwuję w muzyce. Włączając radio, czy telewizyjną stację muzyczną,  nie słyszę muzyki, a jedynie skowyt NIEROZUMIANYCH, ZDRADZANYCH, BIEDNYCH, BŁAGAJĄCYCH O MIŁOŚĆ, SŁABYCH SIEROT, których jestestwo sprowadza się do nieskazitelnego wyglądu, a przy okazji, do wypatrywania wybranka swego serca z okien swojej wieży.

Tak jakby nie można mieć własnego życia, własnego zdania, no ale przede wszystkim, bo to szczególnie mnie boli, życia w którym mężczyzna nie zajmuje pierwszego miejsca. Nie zastanawiało was nigdy dlaczego facet po zerwaniu idzie  z kolegami na piwo, a kobieta w tym samym czasie siedzi w domu płacząc w poduszkę i słuchając dołujących piosenek?

Na szczęście nie wszystkie takie jesteśmy. Są kobiety, które swoją pasją potrafią udowodnić, że także
MAJĄ JAJA!
I nie chodzi tutaj o to, aby rywalizować z facetami, być wulgarnym i krnąbrnym, nadmiernie pewnym siebie dziewuszyskiem. Ale osobą, która po każdej wypowiedzianej “kurwie” nie będzie odczuwała chęci odmówienia stu zdrowasiek. Będzie wiedziała, że ma do tego prawo, nie będzie mdła, no ale przede wszystkim będzie mieć swoje życie. Na szczęście CROPPowa ekipa udowadnia, że istnieją jeszcze dziewczyny, dla których świat nie kończy się na doborze właściwego podkładu do twarzy.

YouTube Preview Image

Nie ma, że boli, że zedrze się kolano, upadnie, czy dozna kontuzji. Dziewczyny również potrzebują adrenaliny i mocnych wrażeń (o takich już w następnym odcinku). Ale skoro wspomniałam o muzyce… Rihanna, Beyonce, Katy Perry, Lady Gaga: tych pań nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jednak pomimo dużej popularności jaką się cieszą, nieustannie towarzyszy mi wrażenie, że muzyka w ich przypadku, stoi gdzieś na samym końcu. Bo oprócz niej liczy się przecież to jak gwiazda wygląda, jak się porusza, jak mocno szokujące ma teledyski, jakiego ma chłopaka i, czy ten ją bije. Wszystko to przypomina breję, w której zamysł pierwotny czyli “tworzenie (dobrej) muzyki” zginęło, zmieszało się z makijażem wokalistki, jej tipsami i makijażem.

Okej, czasy trochę się zmieniły, do wokalistów dodaje się całą otoczkę plastyku, który ma na celu bycie “jakimś”. I nie jest ważne to, czy taka Avril Lavigne brylująca na salonach jeszcze kilka lat temu, prywatnie była w gruncie rzeczy szarą myszką. Bo przecież publicznie była “jakaś”, cel został osiągnięty;  dusza buntownika, aroganckie zachowanie, kilka mocnych tekstów i szalone ciuchy. I z reguły tak to wygląda: ciemny lud to kupuje, sprzedaż wzrasta i wszyscy się cieszą. Jednak, czy aby na pewno o to w tym wszystkim chodzi?

Mam wrażenie, że po drodze, w całej tej masie komercyjnej papy, którą jesteśmy karmieni i której rzecz jasna nie sprzeciwiam się, bo pop i komercja też czemuś służą, straciło się wiarygodność. Kobiety ustrojone w kolorowe pióra straciły swą autentyczność, na ich twarzach, gdzie pierwotnie pojawiał się uśmiech, wstrzyknięto substancję wygładzającą zmarszczki. Myślę, że wspomniane przeze mnie panie, powinny już podziękować bowiem na arenę wkracza

ŚWIEŻOŚĆ I AUTENTYCZNOŚĆ

YouTube Preview Image

Ta młodziutka raperka udowadnia, że świat rapu nie jest zarezerwowany jedynie dla mężczyzn, podobnie jak jej starsza koleżanka, Natassia Gail Zolot lepiej znana jako Kreayshawn.

YouTube Preview Image

Obie panie nie są śmieszne (w przypadku rymujących kobiet o to nietrudno), są jakieś, mają wyraźną osobowość, a swoją muzyką udowadniają, że można ją robić bez ciągłego nawijania o tym, że tamten ją zostawił, ale ona się nie poddała, trochę se popłakała i teraz każe mu spadać. Szkoda tylko, że zdecydowana mniejszość naszych rodzimych wokalistek jest w stanie pochwalić się podobnym hartem ducha. Z odmętu bylejakości, wyłania się artystka, której twórczość spokojnie i bez wstydu, możnaby wyeksportować za granicę.

YouTube Preview Image

I jeszcze dla fanów rapu, kawałek który od pierwszych chwil zadziwił mnie. Przyznaję ze wstydem: kiedy usłyszałam kobiecy głos, byłam w szoku, że za tak dobrym bitem nie stoi mężczyzna. Proszę Państwa, Belona MC:

YouTube Preview Image

DZIEWCZYNY!

Nasza umiejętność posługiwania się słowem jest mocniej wykształcona niż u mężczyzn; w związku z tym dużo mówimy i czasem nawet z sensem;) Ale, czy naprawdę nie lepiej słuchałoby się nas, gdybyśmy miały COŚ do powiedzenia, a swoją umiejętność potrafiły odpowiednio wykorzystać? Jak chociażby ta pani:

YouTube Preview Image


Za co kochamy polski System Ochrony Zdrowia

16 stycznia 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Wiem, że walenie smutów nie jest fajne, że nie wypada, że karnawał, a że sesja, że  noworoczne postanowienia wymyślne niczym teksty Piotra Kupichy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: choćbyśmy okazami zdrowia byli najsilniejszymi, niczym Chuck Norris, prześlizgiwali się przez życie, nie dając się panującej epidemii grypy, byli młodzi, piękni i  względnie zdrowi, kiedyś ten  moment musi nastąpić: albo złamiemy sobie nogę, albo w śniegu po pas, będziemy musieli drałować do przychodni po L4, albo po prostu przyjdzie nam odwiedzić lekarza z sobie tylko znanych powodów (nie ukrywajmy; nie samymi klubami, imprezami,  filmami i grami człowiek żyje).

Jeśli więc nosimy się z zamiarem pójścia do specjalisty i chcąc ustalić termin wizyty, udamy się do przychodni wraz z nadejściem Nowego Roku, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziemy musieli na nią poczekać…do kolejnej zimy.

Z góry chciałabym zakomunikować, że zdaję sobie sprawę, że po przeczytaniu tej notki, z pewnością znajdą się amatorzy złotych życiowych porad w stylu: „nie podoba się, to won”, że być może poprą ich obieżyświaty, którzy ubóstwo krajów Trzeciego Świata znają co najwyżej z telewizji; uznają, że nie doceniam tego, co mam, że gdzie indziej jest gorzej, toczą się wojny, brakuje naturalnych zasobów wody pitnej, a ludzie umierają na ulicach… To wszystko wiemy, ale jedyne co możemy z tą wiedzą zrobić, to usiąść i zapłakać.

Jednak mój płacz, świadomość niesprawiedliwości oraz mocno odczuwane współczucie nie zmieni ani historii świata, ani dziejów ziemi, czy też losów  wymierających foczek, a prawda jest taka, że jestem tu i teraz, i pomimo pojmowania istoty rzeczy (gdzie indziej jest gorzej), zdaję sobie także sprawę, że życie przeciętnego  człowieka zamieszkującego okolicę Florydy,  może wyglądać  tak:

Ja jednak żyję w Polsce i moja rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie:

Kokolina w drodze na autobus, 07:30 rano, lipiec 2010
Chociaż auto ładne (i tak na kredyt).

07:25, 9 styczeń, jedna z katowickich przychodni

Wraz z grupą dziadków szturmuję tzw. okienko, nad którym na białej kartce zawisł markerem pisany napis: rejestracja. W bitwie o pierwsze miejsce przegrywam z babcią o lasce, z drugą babcią o włosach kolorze jasnego fioletu, z cieniem na powiekach, aż po łuk brwiowy,  z dziadkiem który z rana wypił co najmniej litr nalewki czosnkowej i człowiekiem, któremu jak się potem okazało, pomyliło się okienko i ku mojej ucieszy, udało się zepsuć początek dnia paniom urzędującym, które wielce się zniesmaczyły pojemnikiem z brązową zawartością przyniesionym przez ów człowieka. Stoję. Dyskusja. Moje ulubione. Ci z przodu, że młodzi to zdrowi, że zdrowie na chorowanie mają, a że oni już starzy i zdrowia nie mają. Ci z tyłu zniecierpliwieni, dmuchają, chuchają, wzdychają, tupają, wyzywają, oczy ku  niebu wznoszą, że duszno, że gorąco, że długo, że kto to widział. Ale stoję. Jak bohater czekam na swoją kolej. Nadchodzi!

Mówię o co mi chodzi, kobieta spogląda na mnie przerażona, zniesmaczona, z twarzą koloru tęczy. Przez chwilę przychodzi mi na myśl, że być może wyrosły mi z głowy czułki. – Słucham? – pyta mocno skrzywiona. – Chciałam się umówić do lekarza- powtarzam. Mina jej wciąż ta sama, jakbym powiedziała coś w stylu: – Dzień dobry, importowano mnie z Kambodży, mój brat jest Murzynem, czy mogę prosić dwa kilo sera? Co słyszę na moje raczej mało oryginalne jak na okienko w szpitalu, pytanie?
„Proszę przyjść w następnym roku, terminów brak!”

W tym miejscu wycięłam całkiem długi fragment tekstu nienadającego się do publikacji, okraszonego wyzwiskami i wulgaryzmami.  Co oprócz absurdalnie długich kolejek, może nas pacjentów, spotkać w Polsce?

OCZEKIWANIE

Bez ściemy. Ilekroć tylko wybieram się do lekarza przyjmującego w przychodni, oddalonej od mojego domu choćby i 5 minut drogi, przeznaczam na to cały dzień. Co jak co, ale Polska to miejsce, gdzie czas pacjenta szanowany jest równie mocno, co jego zdrowie i on sam. Pół biedy z takimi kolejkami, gorzej jeśli w grę wchodzi czyjeś życie i każdy dzień jest na wagę złota (choć w tym przypadku ta metafora wydaje się nie na miejscu). Dajmy na to, jesteś ciężko chory i oczekujesz decyzji na rozpoczęcie leczenia, po  kilku miesiącach (o ile wcześniej nie zeżre cię rak albo inne świństwo) okazuje się,  że stan twojego zdrowia ci to uniemożliwia i jedyne co w tej sytuacji ci pozostaje, to w cieple domowego ogniska, w iście rodzinnej atmosferze, rozprawiać o kolorze trumny lub urny, a w najlepszym wypadku, rodzaju kół do wózka. Na który rzecz jasna będziesz zbierał kolejne 5 lat.

Jej się udało. Tobie też się uda!

No, ale już bez przesady. Nie za dużo byś chciał naraz?

LOGISTYKA

W momencie rozpoczęcia leczenia, okazuje się, że na jedne badania masz jechać do innej miejscowości, na drugie do innej przychodni, na trzecie do szpitala oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, po to, aby wrócić do tego samego lekarza z wynikami (to już będzie jakiś rok później), który będzie przyjmował już w innym miejscu, słuch o nim zaginął więc całe leczenie na nic i wszystko trzeba będzie zacząć raz jeszcze, począwszy od znalezienia dobrego specjalisty (jeśli przy tym akapicie się zgubiliście, dodam tak dla pocieszenia, że ja także). Przy okazji dowiesz się, że za jedne badania będziesz musiał ponieść opłatę w wysokości kilku tysięcy, przy czym za to samo, w innym mieście, będziesz mieć to całkowicie za darmo. Ostatecznie całą sytuację skwitujesz zobojętniałym  machnięciem ręki i w asyście mocno zblazowanej miny, wszystko spointujesz jakże wnoszącym i kulturalnym okrzykiem „pierdolę!”. Od tej pory, zapytany o swoją emeryturę i troskę o przyszłość, z dumą będziesz chwalił się swoją nową dewizą życiową „lepiej żyć krótko i bojowo niż długo i chujowo”.

CZYSTOŚĆ

Toalety bez klamek i zamków, szyb w drzwiach, ba, drzwi samych, brak ciepłej wody, papieru toaletowego, mydła, czy też towaru luksusowego jakim jest lustro, to właściwie nic przy braku podstawowych zasad dotyczących utrzymania czystości i sterylności.

SPOKÓJ, ŁAD I PORZĄDEK

Ironia w tym miejscu będzie już mało zabawna. Jeśli na to liczysz, polecam prywatną opiekę medyczną, na którą decyduje się coraz więcej Polaków. Pytanie tylko: po co te składki?

TRAKTOWANIE PACJENTA

Czyli „rozbierze się”, „położy”. A pocałuje mnie w dupę. Nie czuję się księżniczką, ale kiedy ktoś, komu powierzam swoje życie, zwraca się do mnie w formie bezosobowej, czuję się niczym pozbawiona uczuć wyższych ameba, która nie ma ciała, a kawałek mięsa, nie ma uczuć, a co najwyżej kopertę (to temat na odrębną dyskusję). Co ciekawe, przytoczona sytuacja prawie nigdy nie zdarza się podczas wizyt prywatnych, hmm…

DIAGNOZA

Kolejny temat rzeka. „Taka pani uroda”, „przejdzie po porodzie”, „tak to już jest” to jedne z najbardziej lubianych diagnoz stawianych przez lekarzy. I jak to w świecie nauki; dwóch lekarzy głosi dwie odmienne, wzajemnie znoszące się diagnozy, pośrodku, których stoi biedny Kowalski.

Poza nauczycielami, nikt w życiu nie potraktuje cię jak debila równie mocno, jak polska służba zdrowia.

Z reguły nie jestem człowiekiem łatwowiernym, ulegającym magii i władzy mediów, wierzących w sztucznie rozbuchane afery, tak jednak widzę, że nie jest dobrze. Codziennie przytłaczają mnie informacje o strajkach aptek, zmianie refundacji leków,  sposobie wypisu leku przez lekarza… Wszystko to zdaje się wymykać spod kontroli samych kontrolujących- NFZ, ministrów. I choć nie chcę siać defetyzmu, tak po cichu wydaje mi się, że jeszcze długo, długo polski pacjent w całym tym bałaganie, będzie elementem, który traci najwięcej.
Dlatego w  Nowym Roku życzę Wam dużo zdrowia, kiss w sutki, kochani!


Engine