Nowy cykl postów na tym blogu ma nosić wdzięczną nazwę “Fuck Fashion”. Cóż, wydaje mi się, że jestem idealną osobą to wypowiadania się w tej kwestii. Mówimy tu o świecie, w którym stare dziady z Paryża czy Mediolanu dyktują nam, jakie spodnie mamy nosić. W którym nastolatki, które nie prowadzą szafiarskiego bloga, nie mają szans na dołączenie do drużyny cheerleaderek. W którym rzekomo co 6 miesięcy powinniśmy wywalać zawartość całej szafy do kontenera PCK, po czym zapełniać ją od nowa, zgodnie z najnowszymi trendami (wymyślonymi przez starych dziadów wspomnianych powyżej).
Przede wszystkim mamy tu do czynienia z jednym, wielkim FEJKIEM. To nie jest tak, że ważni panowie projektanci co pół roku robią narady odnośnie tego, czy teraz lepiej wylansować dzwony, czy rurki. Jak to więc możliwe, że po pokazach mody okazuje się, że w tajemniczy sposób na podobny pomysł odnośnie nogawek wpadł i Gucci, i Louis Vuitton? W bardzo poważnym i spiętym modowym środowisku takie właśnie podobieństwa nazywa się trendami, które potem krzyczą do nas z każdej okładki kolorowego magazynu. A to, że Gucci i Louis Vuitton (plus 20 innych domów mody) stosują ten sam patent w jednym sezonie, nie bierze się znikąd. Powiedzmy sobie szczerze, mówimy tu o biznesie i duuuuużym hajsie. Donatella Versace nie sfinansowała swoich operacji plastycznych, własnoręcznie zszywając kiecki i sprzedając je po kosztach. Wszyscy chcą zarobić – i to jak najwięcej. A jak najłatwiej zrobić kasę? Dać ludziom to, czego chcą.
Duże domy mody i marki mają na to patent. Zatrudniają ludzi, zwanych cool-hunterami (najlepszy zawód na świecie). Ich zadaniem jest bujać z fajnym towarzystwem, chodzić do najlepszych klubów, latać z Nowego Jorku do Paryża, potem do Sydney i z powrotem, tylko po to, żeby żyć na 200%. Dodajmy, że dostają za to kasę. Ich jedynym zadaniem jest mieć szeroko otwarte oczy i dobrą intuicję. Po takim tripie dookoła świata dany coolhunter dzwoni do swojego szefa, dajmy na to do takiego Galliano, i mówi mu: “słuchaj, stary, trendsetterki w Helsinkach noszą flanele, a fajne dzieciaki z Sydney wygrzebują ubrania po babciach”. Kilka miesięcy później Galliano na modelkach-wieszakach prezentuje kolekcję łączącą styl lat ’50 i grunge (NIESPODZIANKA!). Fashionistki w Helsinkach i Sydney szaleją, bo końcu ktoś zrobił coś dla nich. Szara masa z kolei myśli, że Galliano-wizjoner wpadł na kolejny rewolucyjny pomysł i że to właśnie ten niesamowity styl będzie najmodniejszy w nadchodzącym sezonie.
Myślicie, że Was to nie dotyczy, bo macie modę w dupie? B-Ł-Ą-D! Zastanówmy się nad taką sytuacją: idziecie do swojego ulubionego sklepu, który z Galliano nie ma nic wspólnego, i odkrywacie, że pojawiło się w nim zaskakująco dużo niebieskich bluz. Z braku wyboru bierzecie jedną (bo w sumie spoko ten niebieski). Nie podejrzewacie nawet, że ogromna ilość takiego, a nie innego koloru w sklepie ma bezpośredni związek z tym, że Galliano w swojej kolekcji miał niebieskie flanele. Przy okazji przypadkiem trafiło się tak, że 20 innych domów mody wpadło na pomysł wykorzystania dokładnie tego samego odcienia. Stylistki po długiej analizie setek zdjęć z wybiegów wykrzykują “Mamy trend!” (z przejęciem godnym lekarza po udanej resuscytacji pacjenta). Na okładkach gazet wielkimi wołami piszą “KOBALT HITEM SEZONU”. Przypomnę: idziecie do swojego ulubionego sklepu i widzicie dużo niebieskiego. Przypadek? Nie sądzę.
Jak widzicie, cała ta moda to jedno wielkie błędne koło. Koło, które od wielu lat bez problemu samo się napędza, generując ogromne zyski. Nie wiem, czy warto na własne życzenie dokładać się do kolejnych zabiegów powiększania ust Donatelli. Dlatego powinniście, ekhm, użyję tu anglicyzmu: fuck fashion. Ubierajcie się w co chcecie i jak chcecie. A nóż któregoś razu zakumpluje się z Wami jakiś coolhunter, który potem sprzeda Galliano info, że dzieciaki w Polsce fajnie się noszą;) Dodam, że to nie jedyny absurd, jaki wytropiłem w modzie/show-businnesie. Stay tuned! Wkrótce więcej!



















Ładowanie
Komentarze