
Ferie, ferie, ferie! Tak bym krzyczał jeszcze kilka lat temu, ale teraz w mojej głowie odzywa się raczej głos mówiący “egzaminy, egzaminy, egzaminy”. Tak czy siak kiedy uporam się już z zagadnieniami prawnych aspektów ubezpieczeń społecznych, pojadę sobie na narty. O jak ja sobie pojadę na narty!
Jako, że jesteście młodymi, pięknymi, czasem inteligentnymi ludźmi, dla których ważna jest moda i sportowy styl życia, zakładam, że jesteście wielkimi fanami snowboardu, bo snowboard jest obecnie modny, a dupeczki lecą na snowboardzistów niemal tak samo dobrze jak na wyrazistych liderów marki Cropp. Ja to rozumiem.
Ale i tak was nie lubię. To znaczy na stoku, bo już pod stokiem całkiem dobrze łoi się z wami grzańca. Jako zapalony narciarz ze snowboardem spokój dałem sobie bardzo szybko, ponieważ zdałem sobie sprawę jak głupio wygląda standardowy snowboardzista (czyli nie na przykład Jagna Marczułajtis) w akcji. Podobnie dałem sobie swego czasu dość szybko spokój m.in. z tańcem towarzyskim. Wtedy też narodziła się jedna z moich licznych życiowych zasad i daję ją wam na nowy rok – heteroseksualny mężczyzna nie tańczy, chyba że ma przynajmniej 87% pewności, że zaowocuje to seksem.
Oficjalnie hejtuję snowboardzistów, ale zawsze staram się by mój hejt był merytoryczny, dlatego nie hejtuję snowboardzistów wszystkich. Tych, którzy po stokach poruszają się z gracją, klasą, stylem, marką i fasonem naprawdę podziwiam i szanuję. Wedle moich obliczeń stanowią oni około 1,84% wszystkich snowboardzistów.
Tymczasem dla reszty tej zimowej zarazy dzień na stoku wygląda mniej więcej w następujący sposób:
10.00 Grupka snowboardzistów dociera na lokalny stok narciarski. Jest ich dużo, bo w kupie siła. Od tej pory przejmują ten stok, rozrzucają swoje rzeczy po całej kolejce do wyciągu, a ich prywatny autokar parkuje na samym środku orczyka dla lokalnej szkółki narciarskiej.
10.30 Snowboardziści ustawiają się w kolejce do wyciągu narciarskiego. Nie potrafią utrzymać równowagi dlatego cały czas przewracają się na stojące w kolejce osoby, koniecznie jednak przewracają się na nie patrząc z wyrzutem, jak gdyby była to ich wina.
10.45 Snowboardziści odkrywają, że stanie w kolejce całkowicie mija się z ich powołaniem, a snowboard do kolejek nie jest przystosowany. Wypinają się, po czym przepychają przez stuosobową kolejkę na sam początek. Statystyczny snowboardzista prosi o zatrzymanie wyciągu bo musi się wpiąć.
11.25 Snowboardzista się wpiął, siada, wyciąg rusza.
11.26 Snowboardzista – jak się okazuje – wpiął się źle, deska upada mu na ziemię. Zatrzymujemy wyciąg, cofamy. Obsługa kurortu pomaga snowboardziście się wpiąć. Ruszamy.
13.00 Wszyscy snowboardziści są już na górze. Ponieważ wjazd na sam szczyt osiemsetmetrowego stoku był prawdziwą wyprawą, trzydziestoosobowa grupa urządza sobie piknik na samej górze. Tuż przy zjeździe z wyciągu siadają na ziemi zostawiając jakieś 30 centymetrów wolnego miejsca narciarzom i puszczają z telefonów najnowszy przebój Roberta M (nawet w Aspen).
14.00 Koniec przerwy, snowboardzista rozpoczyna zjazd z góry. Zjeżdża 3 metry, cały czas bokiem, zgarniając przy tym cały śnieg, który padał tu przez trzy noce. Nie zdążył przestawić deski, ponieważ wywala się po raz pierwszy.
14.01 Dwa metry dalej snowboardzista wywala się po raz drugi.
14.02 Szymon z Cyreny, lokalny instruktor jazdy, pomaga snowboardziście podnieść się z ziemi.
14.03 Snowboardzista upada po raz trzeci. Przerwa. Siada na samym środku stoku, a narciarze powinni go objeżdżać, w końcu jest im dużo łatwiej w tej branży. Po kilka minutach dołącza do niego pozostałych 29 snowboardzistów i tak sobie siedzą zajmując całą szerokość stoku. Nawet jeśli jest to pierdolony lodowiec wielkości Warszawy.
15.30 Snowboardziści powoli zaczynają się podnosić i jadą dalej w dół.
15.31 Snowboardzista upada po raz pierwszy (ok, znacie już ten mechanizm, dalej go pominiemy)
18.30 Snowboardzista dociera na dół stoku, rozpędzony z impetem wjeżdża w sam środek ludzi stojących w kolejce. Krzyczy na nich, że to jest stok i tu nie powinno się stać, gdy ludzie jeżdżą, po czym przepycha się na sam początek, gdzie obsługa powoli już wyhamowuje wyciąg.
Tak to właśnie wyglądają moje doświadczenia ze snowboardzistami. 100% skuteczności od dobrych kilkunastu lat. Ja oczywiście mam niekwestionowaną rację, ale ponieważ jako firma otwieramy się trochę bardziej na ludzi – a co! – możecie od biedy podzielić się z nami także swoimi przemyśleniami.


















Ładowanie
Komentarze