Dziś premiera DIABLO III

14 maja 2012 |  Kuba 
Kategoria: Bez kategorii

diablo3cropp

Tutaj miała być notka o Diablo III, ale nie będzie, bo jestem zajęty ratowaniem Tristram. ŻARTUJĘ. Premiera dopiero dziś o północy, w związku z czym, dziewczyny, w telegraficznym skrócie opowiem Wam czemu już niedługo swoich chłopaków/kolegów/ojców/synów/braci widywać będziecie tylko w porach karmienia (a i co do tego nie ma pewności).

Historia Diablo zaczęła się jakoś w 1997 roku. Miłośnicy gier fantasy ze Stanów Zjednoczonych zagrywali się w tym czasie w WarCrafta, a Koreańczycy kończyli własnie pierwszy turniej StarCrafta, w którym wzięło udział 40 milionów obywateli tego kraju, włącznie z prezydentem, premierem i gościnnie grającym Kim Dzong Ilem w roli reprezentanta północy (podobno jego hasłem było “winter is coming”).

Problemem była Europa, która w tamtym okresie przechodziła okres fascynacji heavy metalem, 3/4 licealistów chodziło ubrane na czarno, czytali biblię szatana, słuchali jakiegoś jazgotu na przemian z przebojami Backstreet Boys i Kelly Family, wielu z nich uwielbiało jeździć do lasu, przy ognisku śpiewało szanty i zajadało się paprykarzem szczecińskim. Właśnie w te specyficzne gusta miało przede wszystkim trafić Diablo słynnego już w tamtym okresie studia Blizzard.

YouTube Preview Image

Historia opowiedziana w Diablo elektryzowała na długie godziny. Opowiadała historię grupki śmiałych licealistów, którzy na miesiąc przed maturą walczą z przeważającymi siłami ciemności, zupełnie ignorując szklane domy z Przedwiośnia czy przemyślenia Franza Kafki. Wielu z tych śmiałków prawdziwym siłom ciemności musiało stawić czoła dopiero w chwili, gdy rodzice zobaczyli rachunek z Telekomunikacji Polskiej na przewrotną kwotę kilkuset złotych skrupulatnie naliczony za modemowe połączenia z internetem.

Dwa lata później ukazało się Diablo II, a ci posiadacze Diablo, którzy jakimś cudem zdali maturę i spotkali się w najpiękniejszych chwilach swojego życia w akademikach politechnik rozsianych po całej Polsce, po raz kolejny zaczęło mierzyć się z siłami ciemności. I tak upłynęła sesja letnia, sesja zimowa, sesja letnia, sesja zimowa, sesja letnia, sesja zimowa, wyobraźcie sobie zresztą ich zdziwienie, kiedy zorientowali się, że trzy lata wcześniej zostali skreśleni z listy studentów (na złe im to nie wyszło, dziś robią gry w CD Projekcie i zarabiają 10 razy tyle co ich koledzy, którzy na studiach rzeczywiście uczyli się całkować).

Kiedy Blizzard ogłosił, że trwają prace nad Diablo III wielu trzydziesto, minimum dwudziestoletnich dziś pogromców ciemności płakało. Widziałem ich. Przystawali na środku ulicy, upadali na kolana, krzyczeli w niebogłosy, zanosili się płaczem. Im bliżej do premiery, tym przeżywali to bardziej. Przed kilkoma dniami w okolicy warszawskich Złotych Tarasów, gdzie odbędzie się premiera gry, spotkałem starego znajomego w stroju Nekromanty.

Jeśli w ostatnich dniach spotkaliście kolesia ze sztuczną siwą brodą wykrzykującego “jestem Deckard Cain”, albo nieco przygrubego brodacza w niepokojąco śmiałym stroju amazonki – to nie była zorganizowana akcja Ruchu Palikota. To fani Diablo przygotowują się psychicznie i fizycznie na wydarzenie sezonu. Cieszcie się, że mogliście ich zobaczyć, ponieważ teraz nie spotkacie ich przez kilka najbliższych miesięcy.


Dziś artystą może być każdy

7 maja 2012 |  Kokolina 
Kategoria: Po bandzie

Wraz z mijającym Street Art Festiwalem w Katowicach, zastanawiam się co tak naprawdę zasługuje dziś na miano sztuki (czapki z głów moi mili, dziś będzie na poważnie, w końcu śmieszne filmiki na Youtube nie stanowią dla nas jedynej strawy dla duszy, mówiąc krótko: nie samym mięsnym jeżem żyje człowiek). Współczesna sztuka przyjęła zasadę, że artystą może być każdy…

Jak każdy, to każdy. Kokolina na szezlongu, autoportret 2011, Nowy Jork, Metropolita Museum of Art; wycinanka, kolaż.

Nie ma przecież na świecie człowieka, który nie potrafiłby stworzyć kawałka brązowej papki utopionej  w porcelanowej muszli. A przecież to już coś! Można by zwołać ludzi, porobić jakieś zaproszenia, nagłośnić sprawę medialnie i już byśmy mieli niezły performance: człowieka srającego publicznie.

Współczesna sztuka nie musi być estetyczna, nie musi wzbudzać zachwytu u odbiorcy. Przede wszystkim ma być jakaś, wskazane jest wręcz, aby szokowała, skłaniała do refleksji, odrażała. Przykładowo taka defekacja, do której dołączymy odpowiednią filozofię, może stać się źródłem katharsis, majestatycznego uniesienia. Cała misterna konstrukcja ideowa, cały koncept, w który autor zapakuje gówno, może sprawić, że stwierdzimy: „to jest całkiem dobre gówno, wchodzę w to”.

Skoro przywiązywanie psa do ściany i jego powolne konanie  z głodu na oczach widzów (kupujących bilety!) nazywa się „aktem artystycznym” to proponuję akcję flashmob wokół Pałacu Kultury: tym samym znów jako naród zasłyniemy czymś błyskotliwym w księdze rekordów Guinessa, tym razem największą ilością ludzi srających publicznie.

Nie naśmiewam się, próbuję jedynie odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończy się cienka granica, po której przekroczeniu stajemy się odhumanizowani, podczas gdy pierwotną naszą cechą bycia homo sapiens jest zdolność do tworzenia.

Koparka odziana w włóczkę. Pierwsza reakcja? Zdziwienie, uśmiech i pytanie: what the fuck?!

Czasy tworzenia wiekopomnych dzieł minęły, dziś liczy się pomysł, tworzy się na szybko, dużo i byle jak. Swoją drogą, aby coś zasłużyło na miano (arcy)dzieła, potrzebny jest czas, ale nie wydaje mi się, aby za kilkadziesiąt lat, to co robi się dziś, zostało mocno zapamiętane. Bo właściwie wszystko już było, każdy mówi  o tym samym, ale w inny sposób (dobra, trochę to spłycam, ale ręka do góry, jeśli ktoś nie zgadza się z tym, że sztuka i artyzm to pojęcia, które mocno się zdewaluowały).

Street Art Festiwal to genialna inicjatywa, bo przede wszystkim aktywizuje społecznie, takie imprezy są miastu potrzebne. Jeśli kilka lat temu graffiti było uznawane za akt wandalizmu, a dziś organizuje się z jego tworzenia warsztaty, na ścianach utalentowani ludzie malują murale, a władze miasta to popierają, to uważam to za duży krok naprzód.

Mural? Jesteśmy na TAK!

Współczesna sztuka to przede wszystkim wolność. Wolność wyrażania myśli, własnej ekspresji, możliwości interpretacji. Na szczęście koparka, do której się tak przyczepiłam, nie sprawi, że poczuję się oszukana jak chociażby w polskim kinie. Nie stanę na środku sali jak buc i nie zacznę krzyczeć domagając się zwrotu kasy za bilet. Mam możliwości wyboru. I zwyczajnie fajniej się żyje, mając tę możliwość.

A jeszcze fajniej, kiedy o swoim mieście nie można powiedzieć, że jest nudne, bo nic się w nim nie dzieje. A w Maju? Kolejne atrakcje, mnóstwo koncertów no i oczywiście Festiwal Filmów Kultowych, na którym także będziemy. Macie gwarancję, że na tej imprezie nie będzie Wam towarzyszyło wrażenie, że twórca ma Was za kretyna; nikt nie zrobi Was w trąbę, nie będzie urągał Waszemu intelektowi. Z współczesną sztuką mogłoby być podobnie.


KOKO EURO SPOKO – analiza tekstu piosenki

4 maja 2012 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe

kokoeurospoko

Euro 2012 już tuż tuż, a my poznaliśmy wreszcie oficjalny hymn naszej reprezentacji. Ponieważ dzisiaj odbywała się także matura z polskiego, postanowiłem dokonać szczegółowej analizy tekstu przeboju “KOKO EURO SPOKO” – zapraszam do lektury, bo być może jest to dla niektórych z was ostatnia szansa na zapoznanie się z prawidłowo dokonaną interpretacją utworu literackiego.

Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina,
Że tu dla nas wszystkich Euro się zaczyna,
Że tu dla nas wszystkich Euro się zaczyna.
Hej!

Utwór rozpoczyna się ironiczną refleksją na temat losu świata, zaś między wierszami można doszukać się wielu przywar i podtekstów. Jednym z nich jest chociażby fakt, iż autor nie postrzega Ukraińców jako osobny naród. W kolejnych wersach widzimy liczne, lecz wymowne przemilczenia: korki, tłok na ulicach, groźba zamachów terrorystycznych, hałas, burdy, kibole, pijani Anglicy i Hiszpanie bałamucący nasze piękne polskie kobiety. Autor jest świadomy tych zagrożeń i przekornie stara się wskazać je w treści tak, by umknęło to uwadze zaborcy-cenzora (w tej roli PZPN).

Kokokoko Euro Spoko,
Piłka leci hen wysoko,
wszyscy razem zaśpiewajmy, naszym doping dajmy.

W tym fragmencie utworu objawia się podmiot liryczny. Jest to prawdopodobnie kura, kogut, w każdym razie jakiś drób. W ten sposób poeta ilustruje, że problem Euro 2012 jest powszechny dla wszystkich Polaków, niezależnie od gatunku. W dalszej części utworu pojawia się słowo “hen”, które być może jest zabiegiem celowym odwołującym się do brytyjskiego czytelnika, a być może zwykłym błędem w tłumaczeniu, ale jasno wskazuje na postać kury jako bohatera naszego wiersza.

W tym miejscu należy zadać sobie kluczowe dla sprawy pytanie: Kura – romantyk czy pozytywista? Warto nadmienić, że w okresie tworzenia utworu sołtys wygnał członkinie zespołu “Jarzębina” z rodzimej wsi Człuchówka, zmuszając tym samym autorki do tułaczki po całym powiecie. W trakcie lektury “KOKO EURO SPOKO” wyczuwalna jest typowo romantyczna tęsknota zarówno Kury, jak i autora, za ich małą ojczyzną.

Nasi dzielni chłopcy to biało-czerwoni,
Wygrać im się uda
Ucieszy się Smuda
Wygrać im się uda
Ucieszy się Smuda

Ironiczna konwencja budowania kolejnych wierszy to znak rozpoznawczy “Jarzębiny”. W pierwszym wersie powyższej zwrotki autor nawiązuje do sprawy popularnego piłkarza Sławomira Peszki, który podobno przez większość nocy był cały czerwony, a kiedy znalazł się na izbie wytrzeźwień, stał się biały jak kreda.

YouTube Preview Image

Następnie możemy zauważyć równie typową dla “Jarzębiny” pogardę dla amatorskich twórców poezji, w utworach zespołu bardzo często można dostrzec kpinę i przytyki zrealizowane w konwencji pastiszu względem tak zwanych rymów częstochowskich. Kiedy czytamy połączenie “uda-Smuda”, pozostaje cieszyć się tylko, że selekcjoner nie ma nazwiska “Smutas”, bo przed autorami stałoby naprawdę trudne zadanie.

Zwrotka:

Orzełki biegajcie żwawo po murawie,
Zdobywajcie gole i będzie po sprawie
Zdobywajcie gole i będzie po sprawie

Jest w mojej opinii idealnym zwieńczeniem utworu i bardzo mocny akcentem z literackiego punktu widzenia. Choć “KOKO EURO SPOKO” emanuje zabiegami literackimi, metaforami, apostrofami, animizacją, “Jarzębina” cały czas pamięta o tym, że obserwatorem jest podmiot liryczny – kura – i z kurzej perspektywy zwraca się do reprezentantów nazywanych “orłami”. Kura – jak powszechnie wiadomo – nielot, może im doradzić co najwyżej dzielne bieganie po murawie. Jest to jednak piękne zwieńczenie, ponieważ kura wyzbywa się typowo polskiej zawiści, zazdrości, w nieco mickiewiczowskim stylu nawołując do ostatecznego pojednania i zjednoczenia narodowego.

“KOKO EURO SPOKO” to utwór ważny dla Polski i Polaków. W tych trudnych czasach potrzebowaliśmy impulsu, który wytyczy nam niezbędne wartości. Jestem przekonany, że w przyszłości rola “KOKO EURO SPOKO” będzie dostrzegana obok pozycji takich jak Bogurodzica czy Dziady.


7 sposobów na wypasioną majówkę w mieście

30 kwietnia 2012 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe

wiosna

Jutro pierwszy dzień maja i rusza wielka majówka, choć nie wiem jak wy, ja swoją majówkę obchodzę (czy też raczej: obczołguję) już od kilku dobrych dni. Jako, że jesteśmy marką, która kocha zatłoczone ulice i betonową dżunglę, przedstawiamy 7 naszych propozycji na udaną majówkę w mieście: bez krowich placków, pełnych kleszczy lasów, zimnego jeziora czy nudy z dziadkami na działce.

1. Zimne piwko w parku

Żeby minimalny kontakt z naturą został zachowany. Nie ma absolutnie niczego lepszego od zimnego piwka w plenerze z zachowaniem świadomości, że lada moment możemy ukryć się w cieniu wieżowca, a nasza komórka cały czas będzie miała zasięg. To także niesamowita, nieoceniona wręcz porcja adrenaliny i gimnastyka dla szyi, podczas gdy nerwowo wypatrujemy czy aby na pewno nie zbliżają się stróżowie prawa i porządku.

Wiąże się to także z nerwowym wypatrywaniem batmobilu

Wierzcie lub nie, ale pół zimy próbowałem namówić naszych projektantów na uszycie spodni ze schowkiem na piwo – i nadal będę walczył!

2. Skok na bungee

W każdym większym mieście w Polsce stoi jakiś dźwig i można sobie skoczyć z sowitej wysokości. Oczywiście 54% wjeżdżających na górę, zjeżdża potem tą samą windą na dół, ale druga połowa jednak oddaje skok. Mniej więcej 23% stanowią samobójcy, którzy mają nadzieję, że lina się jednak urwie. 25% po prostu bezceremonialnie wypycha podirytowany, często przepity instruktor, no a pozostałe 44% skacze. Mniej więcej 11 kolejnych procent czyta właśnie ten akapit, przytakuje i stara się nie przejmować zagrożeniem z matematyki. Skąd o tym wiem? Uczcie się, to się dowiecie ;-) .

3. Geek Night

Czyli wieczór z grami komputerowymi, oczywiście obowiązkowo na balkonie czy tarasie w towarzystwie komarów i całej reszty fruwającej fauny i flory, której przypomniało się o obowiązkowym utrudnianiu życia. Majówka to doskonałą okazja, by kolejny raz z przyjaciółmi przemierzać lochy Diablo, śrubować rekord fragów w Counter-Strike’u, pobić rekord w Guitar Hero na ukochanej konsoli albo – ostatecznie – delektować się Haxballem czyli jednym z najlepszych zabijaczy czasu w sieci.

A oto ja i moi rozrywkowi znajomi podczas Geek Night w maju 2011

4. Udział w pierwszomajowej lub trzeciomajowej paradzie

Jak to w rozmaite święta bywa, na ulice polskich miast wypłynie kwiat polskiej odmienności, prawdziwym wyzwaniem będzie rozpoczęcie maja wraz z lewicowym pochodem stachanowców, którzy są szczęśliwi, bo jest praca, a zwieńczeniem majowego weekendu powinien być marsz z jedynymi prawdziwymi Polakami zwieńczony okrzykami jednoznacznie wskazującymi na poszukiwanie krzyża. Dodatkowe punkty przewidziano za odmienną kolejność czyli okrzyki na temat krzyża pierwszego dnia maja i koszulkę z wizerunkiem Janusza Palikota trzeciego dnia maja.

5. Nauka do matury

Jakkolwiek niedorzecznie by to brzmiało, matury już lada moment i chyba najwyższa pora zabrać się do roboty. Powiem jednak wprost: lektur przeczytać już nie zdążycie, a jeśli do tej pory nie opanowaliście pojęcia całki, to nie opanujecie już nigdy (nie, nie, nie, nie napalaj się na studia matematyczne, patrz pkt. 2). Jeśli uświadomiłem wam już beznadziejność waszej sytuacji, możecie śmiało wrócić do gapienia się w sufit z nadzieją, że inni kandydaci na wasz kierunek studiów gapią się w sufit bardziej (nie gapią).

Trochę się podsmiewam, ale pocieszę was - to WY macie w tym roku 4 miesiące wakacji

6. Bezcelowe szlajanie się po mieście

Oczywiście piszę to z perspektywy trochę starszego dzieciaka. Dziś młodzi ludzie pewnie spotykają się i wspólnie grają w Angry Birds. Za moich czasów jednak szlajanie się po mieście było jedną z licznych atrakcji szeroko pojętej majówki, a wiązało się to z takimi przyjemnościami jak: uciekanie przed ekshibicjonistą, uciekanie przed psami (chodzi o takie szczekające psy), uciekanie przed psami (rany, jak tak czytam tę notkę, to jestem straszny gangsta), uciekanie przed dresiarzami, uciekanie przed wściekłymi kibicami Legii czy wreszcie gonienie tej garstki czterech kibiców Polonii Warszawa.

7. Weekend ze Star Wars

Gwiezdne Wojny – temat rzeka. Każda okazja jest dobra, żeby przypomnieć sobie jak R2D2 i Ron Weasley przemierzają Bullerbyn żeby zniszczyć ten cholerny pierścień. Czy jakoś tak. A po długim weekendzie zapraszamy do sklepów Cropp, gdzie sprzedajemy naprawdę odjazdowe koszulki z Sauronem i Darthem Vaderem. Czy jakoś tak.


Nie jest lekko kibicować Barcelonie

26 kwietnia 2012 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe

Przekonałem się o tym na własnej skórze. Część z was pewnie wie, a część zaraz się dowie: w wyniku przegranego zakładu przez ostatnich kilkanaście tygodni musiałem kibicować klubowi piłkarskiemu FC Barcelona – uczciwie i bez wykrętów. Jako wiernemu wyznawcy Jose Mourinho… delikatnie rzecz ujmując nie było mi lekko.

W tym czasie zrozumiałem jednak, że bycie kibicem Barcelony to naprawdę ciężki kawałek chleba. Oczywiście, są te wszystkie trofea, indywidualne złote piłki, piękne koszulki i wzniosłe hasła, ale nawet nie wyobrażałem sobie jak wielkim kosztem jest to okupione. Przede wszystkim – STRES!

Oglądam sobie spokojnie mecz mojej nowej ukochanej drużyny, kiedy nagle jeden z zawodników, dajmy na to Daniel Alves, upada na boisko zmieciony niczym podmuchem wiatru, trzymając się za swoje kończyny z ogromnym grymasem bólu. Grymas to małe słowo – to autentyczne katusze. Sędziowie niewzruszeni, zawodnicy konkurencyjnej drużyny zniecierpliwieni, a ja przerażony krzyczę do kolegi żeby dzwonił po pogotowie, bo przecież ten człowiek umiera!

Sergio Busquets to wspaniały piłkarz i miły człowiek. Na zdjęciu bawi się w "akuku" z wycieczką przedszkolaków z Madrytu

Potem na szczęście okazuje się, że to nic groźnego, wstał, otrzepał się, uśmiechnął, podziękował Victorowi Valdesowi za troskę, a który zaniepokojony podbiegł do niego aż z drugiej połowy boiska, a następnie z wyrzutem pytał sędziego, jak mógł być nieczuły na takie przejawy agresji. Zawodnikom Barcelony, jak w żadnym innym klubie, zdarza się upadać podczas meczu wielokrotnie i to w nie do końca jasnych okolicznościach, szczególnie często dzieje się to zaś w polu karnym rywala. Jakiś elektromagnetyzm? Zamach na życie? Zbadania tej sprawy nie powstydziłby się chyba sam Antoni Macierewicz.

Denerwują trochę także sędziowie, którzy za wszelką cenę koncentrują się na swojej karierze, zamiast w pełni skupić się na interesie jedynego prawdziwego futbolu, który w Europie przynajmniej gra tylko Barcelona. W ostatnich tygodniach nie mogłem zrozumieć co stało na przeszkodzie w uznaniu bramek strzelanych ręką, skoro prędzej czy później piłka i tak trafiłaby do siatki. Na szczęście wielu sędziów w porę doszło do tego wniosku dyktując kolejne rzuty karne – i bardzo dobrze, sezon długi, chłopaki jeszcze się nabiegają.

Co podoba mi się w Barcelonie? Przede wszystkim taktyka, którą zawodnicy Barcy trenują mniej więcej od ukończenia piątego roku życia. Zawodnicy tak fajnie podają piłkę, w te i wewte, do tyłu, w bok, do przodu raczej nie, bo i tak zaraz sędzia gwizdnie karnego. Optycznie pozwala to zwiększyć przewagę na boisku, w związku z czym rzuty karne wydają się być jeszcze bardziej uzasadnione.

Leo Messi chwilę po zdobyciu gola z rzutu karnego (sędzia pozwolił mu strzelać trzeci raz, bo pierwsze dwa strzały oddał w poprzeczkę)

Przez okres mojej przygody z FC Barceloną strasznie irytowały mnie docinki kolegów, którzy zazdroszczą, że ich kluby są tak mało fajne, że nawet żaden sędzia nie chce im kibicować. Koledzy śmiali się ze wzrostu Leo Messiego, ale jak Leo Messi ma być wysoki skoro ta głupia Chelsea wystawia samych zawodników powyżej 1,90m wzrostu. Moim zdaniem to nie wina Leo tylko Londyńczyków. Najwięksi złośnicy wyzywają nawet moich ulubieńców od aktorów, co jest zupełnie bez sensu bo poza Penelope Cruz nie mamy w Hiszpanii talentu do tej formy sztuki.

Z bliżej niezrozumiałych dla mnie powodów Barcelona nie zdobyła w tym sezonie ani mistrzostwa kraju, ani nie wygrała Ligi Mistrzów. Moim zdaniem głównym winowajcą jest ten niedomyty Portugalczyk, Jose Mourinho, który już od dłuższego czasu siał ferment starając się popsuć najlepszą drużynę w historii nie tylko piłki nożnej, ale i sportu jako takiego. Barcelona przegrała, a moja sympatia do tej drużyny jakoś… uleciała. Zastanawiam się nad tym komu będę kibicował w kolejnym sezonie. Na oku mam Bayern albo Chelsea. Kogo wybrać, jak radzicie?


Engine