Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies.

Informacji zarejestrowanych w plikach "cookies" używamy m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. Możesz zmienić ustawienia dotyczące "cookies" w swojej przeglądarce internetowej. Jeżeli pozostawisz te ustawienia bez zmian pliki cookies zostaną zapisane w pamięci urządzenia. Zmiana ustawień plików "cookies" może ograniczyć funkcjonalność serwisu.

Nie mam życia, bo oglądam seriale #3.

9 maja 2013 |  Rudit 
Kategoria: Telewizja

Po raz kolejny mierzę się z oglądanymi przeze mnie serialami i dzięki Waszym zachętom mój noł lajf ma teraz sens.

Dalej jesteśmy na „c”.

Kolejność seriali alfabetyczna.

Community – typowy, amerykański sitcom opowiadający o grupie ludzi różniących się od siebie wszystkim – wiekiem, kolorem skóry, religią, zainteresowaniami i poziomem poczucia humoru. Cała akcja toczy się na terenie uczelni, gdzie to z różnych, życiowych powodów każde z nich chce/musi ukończyć studia. Generalnie pierwsza dwa (z czterech) sezony nastroiły mnie dość pozytywnie – bohaterowie tworzą grupę, która wspólnie się uczy i jednocześnie robi wszystko, by jednak nauka sama w sobie nie była głównym celem ich spotkań. Bywa zabawnie, absurdalnie (postać dziekana totalnie rewelacyjna), niestety bywa też drętwo. Z czasem okazuje się, że w rzeczywistości całą porcję humoru dźwigają na swoich barkach Troy (eks sportowiec) i Abed (serialowy maniak – pewnie dlatego jest tak bliski mojemu sercu). Serial jest średni i na pewno nie wpisze się w klasykę sitcomów, jednak jako ciekawostkę i zabijacz czasu w oczekiwaniu na ciekawsze pozycje sprawdza się całkiem nieźle.

W skrócie: 5,5/10.

Dexter – to był jeden z tych seriali, które były dla mnie objawieniem i zapoczątkowały moją miłość dla tego typu produkcji. Chyba nikomu nie muszę przybliżać fabuły, serial jest na tyle popularny, że każdy z nas się z nim spotkał i ma o nim jako takie pojęcie. Jakkolwiek genialne jest pierwsze pięć sezonów, tak każdy fan serialu zauważy, że ta produkcja w pewnym momencie zaczęła cierpieć na typowy syndrom „wyciskamy ile możemy” i podobnie jak w wielu takich wypadkach lecąc na fali sukcesu producenci próbują wyciągnąć z niego każdego dolara, nawet kosztem obrzydzenia widzowi jednego z najlepszych serialowych bohaterów. Czarę goryczy przelał sezon 7. który cierpiał na totalny brak spójnej fabuły i przynajmniej mi, jako widzowi, było trudno wyłapać główny wątek, tak charakterystyczny dla wcześniejszych sezonów. Obawiam się, że ostatni (jak obiecują twórcy) sezon 8. pogrąży do reszty naszego ulubionego seryjnego mordercę.

W skrócie: 7,5/10 (a mogło być dużo, dużo lepiej).

Dynastia Tudorów – podobnie jak w Borgias serial ma to, co lubię – seks, intrygi, zdrady, walkę o władzę i księżniczki (którym daleko do archetypu księżniczek Disney’a). Mój fetysz produkcji serialowych został w zupełności zaspokojony, gdyż kto jak kto, ale Johnathan Rhys Meyers (serialowy Henryk VIII) był idealnym kandydatem do tej roli. Serial prócz matrymonialnych zapędów króla pokazuje też doskonale polityczne manipulacje, kuluarowe knucia, spory z Watykanem, a wszystko to na tle walk religijnych i splądrowanych przez przez anglikańską reformację klasztorów.

W skrócie: 8/10.

Elementary – z dużą dawką sceptycyzmu podchodziłam do tej współczesnej adaptacji Sherlock’a Holmes’a. I nie pomyliłam się. Z góry było wiadomo jakie cechy charakteru będą dominowały u głównego bohatera– nadludzki, analityczny umysł, bezczelność, niecierpliwość, wywyższanie się połączone z brakiem umiejętności funkcjonowania wśród prozaicznym spraw codziennego życia. Jakkolwiek w brytyjskim Sherlock’u (o którym napiszę później) wszystkie te cechy w idealny sposób pasują do odtwarzającego postać aktora, tak w Elementary sprawiają, że postać staje się jakby mniej rzeczywista. Myślę też, że wcielenie w rolę Watsona Lucy Liu i stworzenie pomiędzy bohaterami zupełnie niepotrzebnego napięcia. Oczywiście nie ma konkretnych, miłosnych scen, jednak postawienie w tych rolach przystojnego mężczyzny i pięknej kobiety sprawia, że w magiczny, typowo amerykański sposób widz czeka, a wręcz oczekuje od twórców stworzenie wątku miłosnego, co tylko obniża wiarygodność ich obydwojga. Dodatkowo, nie ukrywajmy, że londyński klimat dużo bardziej służy historiom kryminalnym, a zimny, stalowy i brudny Nowy York bardziej kojarzy mi się z CSI: Zagadki lewego Skerlock’a. ;)

W skrócie: 6/10.

Gra o Tron – chciałabym napisać o tym serialu same dobre rzeczy. Chciałabym podejść zupełnie bezkrytycznie i po prostu się nim zachwycać. I pewnie by tak było, gdybym nie czytała książki. Myślę, że fani tego serialu dzielą się na nieczytaczy – którzy nie wiedzą co będzie dalej i z otwartymi ustami oglądają kolejne egzekucje Martina na bohaterach , oraz na czytaczy, którzy wiedzą co będzie dalej i skrzętnie zapamiętują jakie sceny nie zostały pokazane, jacy bohaterowie znaleźli się tam, gdzie nie powinni i jak wolno toczy się akcja. Jestem trochę pośrodku, bo, po przeczytaniu wszystkich wydanych dotąd części, zdaję sobie sprawę, że po prostu nie ma możliwości nakręcenia tego serialu kartka w kartkę. Ba, wręcz podziwiam twórców za to jak świetnie sobie radzą. Jednak myślę, że nie myśleli za bardzo do przodu i sami zaplączą się z czasem w tę niezwykle skomplikowaną opowieść, która nie ma ani jednego wątku, ani głównego bohatera, powiem więcej: ważniejsi bohaterowie jednocześnie umierają i mnożą się jak króliki. Wydaje mi się, że fani serialu też powoli zaczęli sobie odpuszczać pewne wątki stawiając na te ulubione, które śledzą najpilniej. Jednak nie zmienia to faktu, że to po prostu jeden z najlepszych seriali w historii – nie tylko przez samą fabułę, ale kostiumy, realizację, zdjęcia, plenery i efekty specjalne.

W skrócie: 10/10 (Mimo niedociągnięć każdy chyba zauważy, jak rozmach GoT przyćmi każdy inny serial.).

House of cards – Kevin Spacey po tym serialu stanął na piedestale moich telewizyjnych miłości życia (jest tam dość tłoczno). Serial jest dopięty na ostatni guzik – grany przez Kevina Francis Underwood jest bezwzględnym, zimnym, sprytnym i bezwzględnym politykiem, który niewywiązania się z obietnicy obdarowania go stanowiskiem sekretarza stanu nie wybaczy nawet prezydentowi USA. W knutym przez niego spisku, w którym nie ma miejscu na najmniejsze potknięcie, a jego uczestnicy rzadko mają świadomość, że biorą w nim udział, Frank bezkompromisowo prze do przodu niszcząc każdego, kto stanie na jego drodze. I nawet gdy w serialu widzimy jego potknięcia i chwilowe słabości nie mamy najmniejszych wątpliwości, że to człowiek, którego nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze. Majstersztyk.

W skrócie: 9/10.

How i met your mother – to moje wielkie rozczarowanie, które stoi na półce tuż obok Dextera. Przeciąganie tego serialu na kolejne sezony osiągnęło już granice absurdu i wszystko chyba bazuje już tylko na tym, że każdy chce zobaczyć jak wygląda ta cholerna matka! Bo i o czym jest serial pewnie każdy z Was wie, więc odpuszczę sobie streszczanie fabuły. Szczerze polecam ten serial, przynajmniej pierwszych kilka sezonów, które są naprawdę rewelacyjne, jednak liczcie się z tym, że w pewnym momencie będziecie oglądali ze zgrzytającymi zębami, jak kolejni wasi lubiani bohaterowie toną w swoich bezdennie dennych żartach.

W skrócie: 7/10.



Nie mam życia, bo oglądam seriale #2.

26 kwietnia 2013 |  Rudit 
Kategoria: Film

Ciąg dalszy moich zmagań z serialami, o których najprawdopodobniej słyszeliście przynajmniej raz w życiu i do tych dobrych trzeba Was odpowiednio zachęcić, a od tych kiepskich odgonić.

Black Books – serial polecił mi mój znajomy, który nie omieszkał zaznaczyć przy tym, że jeszcze mu za to podziękuję. I w duchu dziękuję każdego dnia (no przecież mu tego nie powiem), bo był to jeden z najlepszych sitcomów, jakie wiedziałam. Klasyczny, czarny, brytyjski humor powala od pierwszego odcinka. Dylan Moran (serialowy właściciel księgarni Black Books) jest moim materiałem na idealnego męża, z którym chciałabym się rozwieść, a Tamsin Greig (serialowa Fran) jest najwspanialszą przyszłą starą panną jaką tylko mogę sobie wyobrazić. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba obejrzeć.

W skrócie: 9,5/10. (bo za mało sezonów i tęsknię :( )

Black Mirror – to, jak dotąd, dwu-sezonowy miniserial (każdy zawiera 3 odcinki), który, bardzo uogólniając, opowiada o przyszłości. Pomijając jeden odcinek z czasu będącego dość daleko od naszej współczesności pozostałe z nich prezentują coś, co może nas dotyczyć już teraz. Albo za rok. Albo za dekadę. Nie da się nazwać tego serialu s-f, można delikatnie powiedzieć, że jest to pewne fantazjowanie na temat niedalekiej przyszłości. Jednak nie jest ono bezzasadne. Powiem więcej – myślę, że większość z tych scenariuszy naprawdę może się sprawdzić. Nie będę spoilerować jaka tematyka zostaje poruszana w konkretnych odcinkach, jednak prawda jest taka, że każdy z nich zawiera elementy, które już są obecne w naszym życiu. Serial po prostu pokazuje jak coś z ciekawostki, gadżetu czy zabawy zmienia się w element dominujący w naszym życiu.

W skrócie: 9/10.

The Borgias – to jeden z tych seriali, które lubię najbardziej – seks, knucie, intrygi, zdrady (w bonusie zdeprawowane duchowieństwo, temat zawsze na propsie) i walka o władzę za wszelką cenę, wszystko to osadzone w XV-wiecznych Włoszech. Przyznam, że zawsze miałam słabość do filmów kostiumowych i myślę, że też ten aspekt wpływa na moją pozytywną ocenę, jednak nie zapominajmy, że Borgias ma też konkretną, nieprzesadnie zawiłą (czego nie znoszę – przekombinowania) fabułę, która nawet jako tako próbuje opierać się na rzeczywistych faktach historycznych (oczywiście odpowiednio ubarwionych i często nagiętych ku woli scenarzystów, ale kto by zwracał na to uwagę). No i ma Jeremy’ego Irons’a, który mimo jakichś tam ról serialowych bardziej kojarzy się nam z aktorem filmowym, a wydaje mi się, że właśnie rola serialowa potrafi pokazać pewien kunszt warsztatu aktorskiego, gdy to charakterystyka i działania bohatera nie są zamknięte w 2. godzinnym seansie, tylko stopniowo rozwijają się w przeróżnych sytuacjach w ciągu wielu odcinków i sezonów danej produkcji i tym samym odtwórca sprawia, że jego serialowa postać zwyczajnie nas nie nudzi.

W skrócie: 8/10.

Boston Legal – jakkolwiek ubóstwiam Suits i Harvey’a w szczególności, tak po prawdzie dosłownie chowa się on przy najgenialniej wykreowanym prawniku w serialowej historii jakim jest Alan Shore. Jestem wielką fanką seriali prawniczych, scen sądowych, wścibskich adwokatów w szklanych biurowcach, którzy zarabiają z humorem kupę kasy i raz na jakiś czas okazuje się, że tak naprawdę potrafią być zwyczajnymi ludźmi, którzy stają w obronie swoich klientów. Serialowy Alan (James Spader) jest dość zdziwaczałym, genialnym, niezbyt przystojnym, acz ogromnie pociągającym dla kobiet prawnikiem, który wyrywa się spod jakiejkolwiek kontroli swoich szefów, by wieść prym i wiktorię na salach sądowych i robi to w sposób totalnie nie do podrobienia – szalony, zawsze zabarwiony humorem, nietypową linią obrony i ciekawymi zwrotami akcji. Z ciekawostek: najlepszym przyjacielem Alan’a jest William Shatner, serialowy Denny Crane, który każdego wieczoru na tarasie swojej wspaniałej firmy prawniczej z chęcią będzie udzielał Alan’owi swojego republikańskiego, szowinistycznego i lekko demencyjnego wsparcia.

W skrócie: 9/10.

Breaking Bad – chyba nie spotkałam się jeszcze z negatywną opinią o tym serialu. I choć dla mnie skończył się on wraz z 4. sezonem mam o nich pochlebne zdanie. Dlaczego z 4.? Dlatego, że ostatni odcinek tego sezonu był dla mnie idealnym zakończeniem całej sytuacji. Wszystkie wątki zostały rozwiązane, zły facet ginie w eksplozji (świetna scena Esposito) a Walter White odchodzi usatysfakcjonowany. Myślę, że prawdziwy serialowiec wie kiedy skończyć, żeby potem nie wyżalać się i nie wypisywać jak bardzo serial się popsuł. ;)

W skrócie: 7,5/10.

Californication – zawsze się śmieję, że to serial, który pokazuje życie pisarza jak życie gwiazdy rocka. Bo pomyślmy o naszych rodzimych twórcach – jakiś alkoholizm, przygodne panienki, samobójstwo. A Hank Moody? Hank zna gwiazdy Los Angeles, obraca się w ich towarzystwie, nie stroni od alkoholu i narkotyków i mimo złamanego serca oraz pogoni za swoją wiecznie wymykającą się miłością swojego życia nie stroni od różnych kobiet, który w dziwaczny sposób ciągle chcą zaciągnąć go do łóżka. Hank jest też zblazowany, przeżywa kryzys twórczy, kocha swoją prawie dorosłą, neurotyczną córkę i ciągle pakuje się w tarapaty, które kończą się porankami w nieznanych miejscach. Wiele osób było rozczarowanych ostatnim sezonem – bo Hank był taki sam, bo nie jest z Karen, nie wrócił na odwyk, nie naprawił swojego życia i nie wydał kolejnej książki. Pytanie brzmi: czy na pewno tego chcemy? Co zdrowy, szczęśliwy, twórczy i monogamiczny pisarz ma nam do zaoferowania? Szczęśliwe zakończenie? To nie w jego stylu. W końcu Bóg nienawidzi nas wszystkich. ;)

W skrócie: 7/10.



I w ten sposób kończymy część drugą, a ja, jak buka i cropp da, napiszę kolejną. Oczywiście sugestie od czytelników mile widziane. :)


Dzieciaki nie zrozumieją jak to było mieć Nokię 3310 z Idei

19 kwietnia 2013 |  Kuba 
Kategoria: Życiowe

Ach, dzisiejsze dzieciaki, z tymi swoimi ajfonami i androidami kompletnie nie mają pojęcia co to prawdziwa groza wojny (i gniewne spojrzenia ojca znad rachunku telefonicznego). (więcej…)


Nie mam życia, bo oglądam seriale #1.

16 kwietnia 2013 |  Rudit 
Kategoria: Telewizja

Jeżeli nie masz życia, bo oglądasz seriale, istnieje możliwość, że w tej serii tekstów znajdziesz coś dla siebie. Postanowiłam porwać się na kilku zdaniowe, subiektywne opisy oglądanych przeze mnie seriali – nie zawsze będzie miło, bez zawahania wytknę nielubianych przeze mnie bohaterów i drażniące mnie wątki, ale też z równie wielką przyjemnością rzucę laury pod nogi tym twórcom, którzy kradną moje wieczory.

Postaram się też nie uruchamiać Waszego spoiler alertu.

Tytuły w wersji alfabetycznej.

2 Broke Girls – klasyczny, amerykański sitcom, który z zupełnie nieznanych mi powodów nie jest zatytułowany „Max Black”. Jakkolwiek urocza by nie była Beth Behrs (serialowa Carol, eks milionerka odcięta od kurka po skazaniu tatusia za liczne defraudacje), jest jedynie dodatkiem, który pozwala serialowej Max (Kat Dennings) rozwinąć mroczne i ociekające sarkazmem poczucie humoru. Serio, jeżeli dobrze by się przyjrzeć najzabawniejszym momentom tego serialu (a jest ich całkiem sporo, co jest przeogromnym sukcesem) każdy celny dowcip kończy się uwagą Max. Relacje między nimi plus poboczne, ale nie mniej zabawne żarty sytuacyjne drugoplanowych bohaterów sprawiają, że zapominamy o wymarzonym przez owe dwie spłukane dziewczyny sklepie z babeczkami , ba, wręcz wybaczymy im, jeżeli nie zrobią kariery w tym biznesie przez jeszcze kilka sezonów, tylko po to, by patrzeć jak próbują ten cel osiągnąć.

W skrócie: 8/10.

666 Park Avenue – to jeden z tych seriali, o których marzysz, by w końcu pokazały swój potencjał. Teoretycznie historii nie da się spieprzyć – Diabeł (grany przez Terry’ego O’Quinn’a), nawiedzony apartamentowiec, starodawne rytuały, powroty dawnych mieszkańców – na fali poszukiwania dreszczyku wywołanym American Horror Story nie powinno być trudno. Niestety było. Zazwyczaj stosuję zasadę, by przez pierwsze 5-6 odcinków dać serialowi czas na rozwinięcie skrzydeł. Zacznijmy, że od samego początku zapałałam ogromną antypatią do głównej bohaterki – serialowa Jane (Rachael Tylor) od momentu pojawienia się w Drake’u zaczyna „widzieć rzeczy”. Nie ma miejsca na wątpliwości, od razu włącza tryb przerażono-ciekawski, nie potrafi zbudować odpowiedniego napięcia i w efekcie, jako jedyna świadoma zagrożeń, daje się doprowadzić do psychicznego załamania i odrętwienia. Naprawdę nie wiem w jaki sposób twórcy serialu chcieli pociągnąć kolejny sezon tak, by Jane w płynny sposób z biernej, głównej bohaterki stała się osobą, która w rzeczywistości potrafi wpływać na rozwój akcji. Cóż, pewnie nie mieli, także serial zniknął z ramówki wyduszając z siebie ledwo, ledwo dwa ostatnie odcinki, które niczego nie wyjaśniły a cała historia została zmarnowana.

W skrócie: 4/10.


American Horror Story – no i to jest przykład, że jednak można przestraszyć i zainteresować. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do obydwu części. Na pierwszą trafiłam jakiś czas po zakończeniu premiery wszystkich odcinków, więc mając wszystkie pod ręką zasiadłam, prychając pod nosem „Nawiedzony dom, serio?”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie wycinam sobie 2 dni z życiorysu. Nie spałam, nie jadłam (taaa) tylko śledziłam dalsze losy rodziny Harmonów. Serial jest pełny zaskakujących momentów, w których myślisz po cichu „No lepiej bym tego nie wymyślił/a”. Chyba najbardziej zaskoczył mnie motyw z córką (kto widział ten pamięta ;) ), jak też byłam zupełnie urzeczona motywem gosposi/pokojówki (Frances Conroy/Alexsandra Breckenridge) i jednymi z najpiękniejszych, najbardziej erotycznych słów: „I won’t tell”. Co do drugiej części byłam nastawiona jeszcze gorzej – po pierwsze poprzeczkę postawiłam autorom wyżej, a gdy przeczytałam zapowiedzi – szpital psychiatryczny, kosmici – spodziewałam się najgorszego. Nic bardziej mylnego. Asylum jest jeszcze lepsze. Po pierwsze wielu aktorów wróciło w nowych rolach, co pozwoliło nam docenić genialny kunszt ich warsztatu, po drugie – Lana Winters. Sarah Paulson od samego początku intrygowała swoją postacią, zimną, bezkompromisową, wręcz nieludzko nastawioną na sukces za wszelką cenę. Pełne dramatyzmu sceny z jej udziałem zawsze zostawiają jedną myśl – tej kobiecie po prostu musi się udać.

W skrócie: 9/10.

Arrow – długo się zastanawiałam czy pisać o tym serialu. Przebrnęłam przez zaledwie 6 odcinków i nie dałam rady.Serio, zawsze staram się dać szansę jednego sezonu, ale w tym wypadku to zupełnie nie wchodziło w grę. Po pierwsze minika aktora zaczyna się na kamiennej twarzy a kończy na dziwnym, skrzywionym uśmiechu połową ust. Główny motyw miłosny (oczywiście musi takowy być) jest po prostu straszny – Laurel Lance (Katie Cassidy) jest sobie ot taką chorągiewką na wietrze, która waha się między głównym bohaterem a jego najlepszym przyjacielem, co w kolejnych odcinkach pozbawia jej zupełnie resztek osobowości czy cech charakterystycznych. Jedyne co ratowało ten serial, to motywy na wyspie. O, gdyby na tym opierał się serial oglądałabym z przyjemnością. Pewnie mi powiedzieć, że „oglądaj, będzie lepiej!”. Nigdy nie jest. ;)

W skrócie: 3/10.

Bates Motel – generalnie serial jest bardzo świeży i trudno jest przewidzieć, czy jego poziom się utrzyma (a znamy niejeden przypadek, gdy zajebista historia została zepsuta przez twórców patrz. 666 Park Avenue), jednak podchodzę do niego z wielkim optymizmem. Rozgrywająca się na tle z pozoru zwykłego miasteczka i niezwykłego motelu historia matki i syna na pewno nie jest typowa – klasyczny kompleks Edypa, powrót drugiego syna, nietypowy sposób zarobkowania mieszkańców – to wszystko może zapowiadać naprawdę interesującą historię, a dodatkowo Norma (Vera Farmiga) ma nam do opowiedzenia niejeden grzeszek ciążący na jej sumieniu…oh, wait, ona nie ma sumienia. Branża serialowa cierpi na ogromny niedosyt interesujących kobiecych postaci, także będzie to gratka dla tych, którzy szukają odmiany.

W skrócie: zachowawczo 8/10 (lepiej niech tego nie spieprzą).

Big Bang Theory – cóż mogę powiedzieć. Że kiedyś było lepiej? Że całe poczucie humory jest dźwigane na barkach Sheldona? Że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć? Serial jest przyjemny dla oka, ma swoje momenty, kilku uroczych nerdów, odrobinę kompleksów i swoje wątki romantyczne, jednak powoli robi się z niego taki mały, odgrzewany kotlecik i jak tak dalej pójdzie skończy jak How i met your mother (o czym już niedługo)

W skrócie: 6/10.

No, to odcinek 1. mamy za sobą i mam nadzieję, że jako tako udało mi się podołać i zachęcić lub zniechęcić Was do oglądanych przeze mnie seriali. Zostało mi do opisania jeszcze ponad trzydzieści tytułów, także zapraszam następnym razem!


Czy Leo Messi jest już bogiem?

3 kwietnia 2013 |  Kuba 
Kategoria: Sport

leo-messi

Odpowiedź jest prosta: nie. To bardzo dobry piłkarz, najpewniej jeden z najlepszych napastników w historii, ale w życiu nie umieściłbym go na samym szczycie klasyfikacji.

(więcej…)


Engine