Nie mam życia, bo oglądam seriale #3.
Po raz kolejny mierzę się z oglądanymi przeze mnie serialami i dzięki Waszym zachętom mój noł lajf ma teraz sens.
Dalej jesteśmy na „c”.
Kolejność seriali alfabetyczna.
Community – typowy, amerykański sitcom opowiadający o grupie ludzi różniących się od siebie wszystkim – wiekiem, kolorem skóry, religią, zainteresowaniami i poziomem poczucia humoru. Cała akcja toczy się na terenie uczelni, gdzie to z różnych, życiowych powodów każde z nich chce/musi ukończyć studia. Generalnie pierwsza dwa (z czterech) sezony nastroiły mnie dość pozytywnie – bohaterowie tworzą grupę, która wspólnie się uczy i jednocześnie robi wszystko, by jednak nauka sama w sobie nie była głównym celem ich spotkań. Bywa zabawnie, absurdalnie (postać dziekana totalnie rewelacyjna), niestety bywa też drętwo. Z czasem okazuje się, że w rzeczywistości całą porcję humoru dźwigają na swoich barkach Troy (eks sportowiec) i Abed (serialowy maniak – pewnie dlatego jest tak bliski mojemu sercu). Serial jest średni i na pewno nie wpisze się w klasykę sitcomów, jednak jako ciekawostkę i zabijacz czasu w oczekiwaniu na ciekawsze pozycje sprawdza się całkiem nieźle.
W skrócie: 5,5/10.
Dexter – to był jeden z tych seriali, które były dla mnie objawieniem i zapoczątkowały moją miłość dla tego typu produkcji. Chyba nikomu nie muszę przybliżać fabuły, serial jest na tyle popularny, że każdy z nas się z nim spotkał i ma o nim jako takie pojęcie. Jakkolwiek genialne jest pierwsze pięć sezonów, tak każdy fan serialu zauważy, że ta produkcja w pewnym momencie zaczęła cierpieć na typowy syndrom „wyciskamy ile możemy” i podobnie jak w wielu takich wypadkach lecąc na fali sukcesu producenci próbują wyciągnąć z niego każdego dolara, nawet kosztem obrzydzenia widzowi jednego z najlepszych serialowych bohaterów. Czarę goryczy przelał sezon 7. który cierpiał na totalny brak spójnej fabuły i przynajmniej mi, jako widzowi, było trudno wyłapać główny wątek, tak charakterystyczny dla wcześniejszych sezonów. Obawiam się, że ostatni (jak obiecują twórcy) sezon 8. pogrąży do reszty naszego ulubionego seryjnego mordercę.
W skrócie: 7,5/10 (a mogło być dużo, dużo lepiej).
Dynastia Tudorów – podobnie jak w Borgias serial ma to, co lubię – seks, intrygi, zdrady, walkę o władzę i księżniczki (którym daleko do archetypu księżniczek Disney’a). Mój fetysz produkcji serialowych został w zupełności zaspokojony, gdyż kto jak kto, ale Johnathan Rhys Meyers (serialowy Henryk VIII) był idealnym kandydatem do tej roli. Serial prócz matrymonialnych zapędów króla pokazuje też doskonale polityczne manipulacje, kuluarowe knucia, spory z Watykanem, a wszystko to na tle walk religijnych i splądrowanych przez przez anglikańską reformację klasztorów.
W skrócie: 8/10.
Elementary – z dużą dawką sceptycyzmu podchodziłam do tej współczesnej adaptacji Sherlock’a Holmes’a. I nie pomyliłam się. Z góry było wiadomo jakie cechy charakteru będą dominowały u głównego bohatera– nadludzki, analityczny umysł, bezczelność, niecierpliwość, wywyższanie się połączone z brakiem umiejętności funkcjonowania wśród prozaicznym spraw codziennego życia. Jakkolwiek w brytyjskim Sherlock’u (o którym napiszę później) wszystkie te cechy w idealny sposób pasują do odtwarzającego postać aktora, tak w Elementary sprawiają, że postać staje się jakby mniej rzeczywista. Myślę też, że wcielenie w rolę Watsona Lucy Liu i stworzenie pomiędzy bohaterami zupełnie niepotrzebnego napięcia. Oczywiście nie ma konkretnych, miłosnych scen, jednak postawienie w tych rolach przystojnego mężczyzny i pięknej kobiety sprawia, że w magiczny, typowo amerykański sposób widz czeka, a wręcz oczekuje od twórców stworzenie wątku miłosnego, co tylko obniża wiarygodność ich obydwojga. Dodatkowo, nie ukrywajmy, że londyński klimat dużo bardziej służy historiom kryminalnym, a zimny, stalowy i brudny Nowy York bardziej kojarzy mi się z CSI: Zagadki lewego Skerlock’a.
W skrócie: 6/10.
Gra o Tron – chciałabym napisać o tym serialu same dobre rzeczy. Chciałabym podejść zupełnie bezkrytycznie i po prostu się nim zachwycać. I pewnie by tak było, gdybym nie czytała książki. Myślę, że fani tego serialu dzielą się na nieczytaczy – którzy nie wiedzą co będzie dalej i z otwartymi ustami oglądają kolejne egzekucje Martina na bohaterach , oraz na czytaczy, którzy wiedzą co będzie dalej i skrzętnie zapamiętują jakie sceny nie zostały pokazane, jacy bohaterowie znaleźli się tam, gdzie nie powinni i jak wolno toczy się akcja. Jestem trochę pośrodku, bo, po przeczytaniu wszystkich wydanych dotąd części, zdaję sobie sprawę, że po prostu nie ma możliwości nakręcenia tego serialu kartka w kartkę. Ba, wręcz podziwiam twórców za to jak świetnie sobie radzą. Jednak myślę, że nie myśleli za bardzo do przodu i sami zaplączą się z czasem w tę niezwykle skomplikowaną opowieść, która nie ma ani jednego wątku, ani głównego bohatera, powiem więcej: ważniejsi bohaterowie jednocześnie umierają i mnożą się jak króliki. Wydaje mi się, że fani serialu też powoli zaczęli sobie odpuszczać pewne wątki stawiając na te ulubione, które śledzą najpilniej. Jednak nie zmienia to faktu, że to po prostu jeden z najlepszych seriali w historii – nie tylko przez samą fabułę, ale kostiumy, realizację, zdjęcia, plenery i efekty specjalne.
W skrócie: 10/10 (Mimo niedociągnięć każdy chyba zauważy, jak rozmach GoT przyćmi każdy inny serial.).
House of cards – Kevin Spacey po tym serialu stanął na piedestale moich telewizyjnych miłości życia (jest tam dość tłoczno). Serial jest dopięty na ostatni guzik – grany przez Kevina Francis Underwood jest bezwzględnym, zimnym, sprytnym i bezwzględnym politykiem, który niewywiązania się z obietnicy obdarowania go stanowiskiem sekretarza stanu nie wybaczy nawet prezydentowi USA. W knutym przez niego spisku, w którym nie ma miejscu na najmniejsze potknięcie, a jego uczestnicy rzadko mają świadomość, że biorą w nim udział, Frank bezkompromisowo prze do przodu niszcząc każdego, kto stanie na jego drodze. I nawet gdy w serialu widzimy jego potknięcia i chwilowe słabości nie mamy najmniejszych wątpliwości, że to człowiek, którego nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze. Majstersztyk.
W skrócie: 9/10.
How i met your mother – to moje wielkie rozczarowanie, które stoi na półce tuż obok Dextera. Przeciąganie tego serialu na kolejne sezony osiągnęło już granice absurdu i wszystko chyba bazuje już tylko na tym, że każdy chce zobaczyć jak wygląda ta cholerna matka! Bo i o czym jest serial pewnie każdy z Was wie, więc odpuszczę sobie streszczanie fabuły. Szczerze polecam ten serial, przynajmniej pierwszych kilka sezonów, które są naprawdę rewelacyjne, jednak liczcie się z tym, że w pewnym momencie będziecie oglądali ze zgrzytającymi zębami, jak kolejni wasi lubiani bohaterowie toną w swoich bezdennie dennych żartach.
W skrócie: 7/10.















Ładowanie